Miłość w czasach kwarantanny

Dzień dobry Państwu. Po długiej, a nawet bardzo długiej przerwie spowodowanej kwarantanną, wracam do Was moi kochani. Spieszę donieść, że po miesiącu zamknięcia moje dzieci nadal żyją, z mężem się jeszcze nie rozwiodłam, ale kończy mi się Prozak i Xanax😂😂😂 Od jakiegoś czasu stałam się bardzo zazdrosna i nie mówię tu o zazdrości o mojego wielkiego Misia , który w okresie obecnej hibernacji zapuścił brodę, lata od rana w piżamach, a wieczorem wspomina coś o tym, że może poszedłby się wykąpać. Nie, nie o tym rodzaju zazdrości mówię. Zazdroszczę tym wszystkim, którzy mają domek z ogródkiem i mogą swoją gromadkę potomstwa, niczym stado bizonów wypuścić co rano na otwartą przestrzeń. Z całego serca im zazdroszczę. Ja niestety, wraz z mą znudzoną do porzygania rodziną, zmuszona jestem do zamknięcia w pomieszczeniu tylko niewiele większym od Hobbiciej norki i umieszczonym na wysokości czwartego piętra. Widok zamkniętych i pustych placu zabaw i basenu przyprawia mnie o wrzody żołądka, a w świecące od rana słońce zaczynam pluć niczym trzylatek na widok obiadu. Siedzę sobie w tym moim luksusowym Dubaju i zazdroszczę wszystkim w Polsce, deszczu, przymrozków, zimnego wiatru i orzeźwiającego powietrza. Możecie się śmiać, ale od nadmiaru słońca i upału chyba dostanę depresji. Oddycham pełną piersią, piaskiem pustyni, który w tutejszym powietrzu przykleja się chyba jakimś wiązaniem chemicznym do tlenu i mam wrażenie że zaczyna dominować w jego składzie. Głębszy oddech powoduje powolne wypalanie śluzówki nosa, a przebywanie na otwartym słońcu prędzej czy później doprowadza do udaru słonecznego. Od ponad 3 tygodni jesteśmy zamknięci. Można wyjść jednej osobie z domu do sklepu, albo apteki, ale tylko w maseczce i rękawiczkach, i to po uprzednim otrzymaniu zgody od tutejszej policji. Nie zrozumcie mnie źle. Absolutnie nie mam o to pretensji, każdy kraj radzi sobie z zaistniałą sytuacją w najlepszy dla niego sposób. Doszłam też do wniosku, że podobnie jak każde państwo inaczej reaguje na epidemie i inaczej sobie z nią radzi, tak i w rodzinach każdy szuka idealnego, optymalnego i najmniej bolesnego sposobu na przetrwanie. U mnie było tak.

Pierwszy dzień kwarantanny pomyślałam „super!! dużo czasu tylko dla dzieci i rodziny” Do południa biegaliśmy w piżamach i stawiałam na aktywność intelektualną. Gry planszowe, gry zręcznościowe, puzzle, klocki i inne pierdoły. Około godziny 15 postawiłam na słodkie umilacze, zapominając, że połączenie wysokiej zawartości glukozy we krwi z zamkniętą przestrzenią może doprowadzić do tragedii. Wytrwałam do 19:00!!! Dzieci w łóżkach, ja wykończona, ale z poczuciem dobrze wykorzystanego dnia postanowiłam się odmóżdżyć przed TV.

Dzień drugi. Wstałam jak zwykle przed 6:00, przegrywając z siłą perswazji mojego dwulatka. Pomyślałam „no cóż, nie należy zakładać, że kwarantanna = spanie 30 minut dłużej niż zwykle.” Przygotowałam zdrowe śniadanie (dla każdego inne), zagoniłam dzieci do ogarnięcia się, czyli przebrania z pidżam w dzienne ciuchy, umycia zębów i uczesania włosów… Była godzina 11… I znów zabawy, śmiech, tańce, filmy, prozak, Xanax (dla mnie oczywiście) i tak minęło nam kolejne pół godziny… Obiad, tańce, zabawa, telewizja, herbatka z melisy i już mamy godzinę 14… Do 19:00 czułam się jak po miesiącu więzienia z ciężkimi robotami. Wieczór spędziłam tak jak zaplanowałam, w łóżku z mężem oddając się rozkoszom cielesnym, tzn. leżeliśmy oboje na płaskiej powierzchni aby nasze kręgosłupy wróciły na właściwe miejsce, bez obawy że któremuś z naszego potomstwa przyjdzie na myśl zrobić sobie z naszych wysportowanych brzuszków trampolinę. Jednym słowem: błogość!!!

Dzień trzeci. Dzień świstaka z tą różnicą, że zaczęłam nadmiernie dbać o porządek. Wysprzątałam wszystkie półki, pomyłam okna, uprałam zasłony i zdrapałam szpachelką zaschnięty bród z okresu mezozoicznego, zalegający przestrzeń pod kuchenka elektryczną.

Dzień czwarty. Dzieci omijam szerokim łukiem, co chwila zmieniając im repertuar telewizyjny aby się nie nudziły. Chyba nie uzależnią się od TV? Sama nadal sprzątam, a w między czasie prowadzę dość intensywną kłótnię w myślach z moim mężem.

Dzień piąty. Po wieczornej słownej kolizji z mężem, dochodzę do wniosku, że rozwód jest nieunikniony. Wypiłam już cały zapas melisy.

Dzień szósty. Zaczęliśmy terapię małżeńską. Rozmawiamy o naszych potrzebach, marzeniach i oczekiwaniach. Po trzeciej lampce wina doznałam olśnienia. Terapia pomaga. Zdecydowanie muszę przyznać, że mój mąż jest młodym, przystojnym i niesamowicie wesołym człowiekiem. Po czwartej lampce zaczynam na nowo odczuwać motyle w brzuchu.

Dzień siódmy. To nie były motyle, zdałam sobie z tego sprawę przeglądając koło północy treść mojego żołądka. Mąż jednak nie jest taki zły, przede wszystkim nie jest nekrofilem. Po nocnych rozmowach, gdy opróżniłam już butelkę wina i żołądek, i zwaliłam swoje zachwycające ciało do łóżka mąż dżentelmen nakrył mnie kocem po same uszy i nietkniętą pozostawił do rana.
Tak upłynął tydzień, a ósmego dnia z zaistniałej sytuacji próbowałam wyciągnąć wnioski i przewartościować swoje życie. I tak z chaosu kwarantanny wyłonił mi się mój dekalog:

  1. Najseksowniejszym i najbardziej pożądanym widokiem jest mój mąż w garniturze, z torbą w dłoni, zakładający buty przed wyjściem do pracy.
  2. W wieku 40 lat również można zostać konserwatystą. Nauka on line nie jest odpowiednia, im więcej czasu w szkole, tym lepsze efekty daje edukacja, moim dzieciom i mnie.
  3. Bez hybrydy na paznokciach też się da żyć, ale co to za życie?
  4. Odrost na włosach nie rzuca się w oczy, gdy ubierzesz kapelusz.
  5. Alkohol powoduje u mnie motyle w brzuchu, ale efekt jest krótkotrwały a poranek bolesny.
  6. Dzieci z dużą różnicą wieku „bawią się tak samo zgodnie, jak te spłodzone rok po roku.
  7. Opakowanie melisy w saszetkach 20 sztuk starcza na niepełne dwa dni. Posmak utrzymuje się w ustach jeszcze dobę po wypiciu.
  8. Xanax i Prozak najlepszym przyjacielem matki.
  9. Odchudzanie w domu jest jak wybory w trakcie pandemii. Niby można ale korespondencyjnie niewiele to zmieni.
  10. Pobyt w szpitalu i kwarantanna w nim bez rodziny jawią się matce niczym egzotyczne wakacje na jednej z wysp Bora Bora.
    Tak więc kochani do zobaczenia na żywo po kwarantannie. Spotykamy się na oddziale psychiatrycznym zamkniętym, odwyku, sądzie lub w gabinecie dietetyka.
    Oby do jutra. Całuje i stay home, stay safe.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: