Featured

Mój wolny wybór

Moje kochane
Nie jestem w stanie uspokoić swoich emocji!!! Nie jestem w stanie o tym nie myśleć i nie jestem w stanie odwrócić od tego wszystkiego wzroku. Pewnie nawet gdybym schowała się w mysią dziurę i tak by mnie to wszystko dopadło. Te które mnie śledzą i poczytują, dobrze wiedzą, że ja na ogół z humorem i dystansem do siebie, do ludzi, do świata piszę. Dziś nie dam rady z humorem – wybaczcie. Dziś z ciężkim sercem moje myśli wróciły do bardzo dawnych czasów i sytuacji, które miały miejsce w moim życiu. Wszystko to za sprawą trybunału konstytucyjnego i jego ostatniej decyzji w sprawie zakazu aborcji. Wszyscy wiemy, że ustawa w dotychczasowej formie była wypracowanym w pocie czoła kompromisem, między państwem, kościołem i nami Polakami. Jakiś mały idiota (i dobrze wiemy wszyscy o jakiego idiotę chodzi) wymyślił sobie, że przypodoba się ch..j wie komu i zmieni ustawę bo przecież on wie najlepiej jak to jest mieć dzieci, jak to jest mieć żonę, która jest w ciąży i jak to jest mieć i wychowywać potwornie chore dziecko. Gratuluję temu Panu pomysłowości, wzrostu, a przede wszystkim ogromnych pokładów zwykłej ludzkiej empatii. Hitler też miał „świetny pomysł” i górnolotną ideę.
Dość, nie będę już o tym czerstwym krasnalu pisać. Nie o tym chciałam wam opowiedzieć. Dziś wróciły mi wspomnienia sprzed ponad 10 i ponad 3 lat. Smutne. Bardzo dla mnie smutne i nie do wymazania. Ponad 10 lat temu zrobiłam test ciążowy. O niebiosa!!! Radości mej nie było końca – dwie kreski. Tak bardzo pokochałam ten zarodek od pierwszej minuty. Tak bardzo czułam, że muszę zrobić wszystko żeby mój bejbiś był zdrowy, dobrze odżywiony i szczęśliwy tam u mnie w brzuszku. Wybrałam lekarza prowadzącego, łykałam witaminki, robiłam badania, starałam się nie stresować i cieszyć tą ciąża. Na jednej z wizyt Pani doktor, nie z gruchy mi z pietruchy, wywaliła że moje maleństwo urodzi się z wodogłowiem. Zamarłam!!! Zamarłam na tym fotelu, zastygłam w bezruchu, zatrzymał się czas, przestałam słyszeć i tylko czułam spływające po policzkach łzy. Tyle pamiętam z tej wizyty. W milczeniu wróciliśmy z mężem do domu. Pamiętam, że trzymał mnie za rękę i powtarzał: kochanie zobaczysz, będzie dobrze. Nie spałam całą noc. Od rana wydzwaniałam po gabinetach lekarskich, które wykonują badania prenatalne i USG najwyższej klasy. Wszyscy z chęcią mnie przyjmą, ale za dwa trzy dni, za tydzień bo niby prywatnie ale są kolejki. A ja musiałam natychmiast bo miałam wrażenie , że zwariuję bo tak bardzo chciałam wiedzieć czy ta okrutna diagnoza jest pewna. Późnym wieczorem pojechałam do najsławniejszego gabinetu w mieście i najsłynniejszego ginekologa w województwie. Nie zarejestrowana, nie umówiona na wizytę, ale za to zapłakana i roztrzęsiona stanęłam w jego drzwiach i błagałam, żeby został chwilę dłużej w pracy i mnie zbadał. Ulitował się nade mną i przyjął. Zapytał w czym problem i rozpoczął badanie. I wiecie co moje kochane… Diagnoza poprzedniej Pani doktor była kompletną pomyłką. Lekarza stwierdził, że dzidziuś jest zdrowy, świetnie się rozwija i nie wie co za wariat i z jakiego powodu mnie tak wystraszył. Nawet nie wiecie jaką poczułam ulgę. Wsiadłam do auta i razem z mężem jak na zawołanie zaczęliśmy płakać. Płakać bo puścił nas stres i płakać z radości. Tych kilka dni czekania na drugą diagnozę były dla mnie koszmarem i stresem tak ogromnym, że nie jestem w stanie wam tego opisać. Wiedziałam tylko jedno czy będzie zdrowe czy chore i tak je urodzę, bo już je miałam pod sercem. Miałam też osoby na które mogłam liczyć męża, rodziców, rodzinę. U mnie na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Mam zdrową, silną i pyskataącórkę teraz już ponad 10 letnią. Ale powiedzcie mi co z tymi, które nie miały tyle szczęścia co ja? Co z tymi, które wiedziały od początku, że ich dzieciątko jest tak chore, że zaraz po porodzie będą się z nim żegnać? Że przez 9 miesięcy będą w ciągłym strachu, stresie i czekają na to, żeby zdążyć się pożegnać z istotą której serce przez 9 miesięcy biło razem z jej sercem. Nie każdy ma siłę, żeby coś takiego przeżyć. Nie każdy ma siłę, żeby każdego dnia przez okres ciąży planować pożegnanie i pogrzeb swojego dziecka. Nie każdy ma siłę żeby słuchać gratulacji z powodu ciąży, gdy wie że jej zakończenie przyniesie tylko śmierć. Właśnie dlatego ten wybór, który nam się odbiera jest tak ważny. Dokonasz go sama i nikt Cię do tego nie może zmusić.
Ciąża druga. Planowana, wyniki bardzo dobre, samopoczucie również. Bez komplikacji, bez incydentów, bez stresu. Rozwiązana przez cesarskie cięcie. Mały, słodki, ròżowiutki Miś otulony w mych ramionach. Radości nie było końca. A właściwie był. Drugi dzień po porodzie. To właśnie tego dnia przyszła do mnie pielęgniarka i kazała zadzwonić po męża bo lekarz chce się z nami spotkać i porozmawiać. Nie czekałam na męża. W pośpiechu, bólu po cesarce i z sercem w gardle pokonałam 3 piętra schodów i wpadłam na odział intensywnej terapii, gdzie leżało moje dzieciątko. Okablowane, podłączone do sprzętów i ten dźwięk bip, bip, bip, bip… Rozmowa z lekarzem… Pamiętam tylko słowa: duża wada serca, rozszczep podniebienia, testy genetyczne i operacja. Straciłam czucie w nogach i całym ciele. Nie słuchałam niczego więcej tylko uciekłam do mojego Maluszka. Stałam tak, dotykając jego malutkiego ciałka i szeptałam ” kochanie bądź silny, wszystko będzie dobrze tylko codziennie na mnie czekaj” Wiecie co ? Niewiele pamiętam z tego okresu, codzienne odwiedziny, odciąganie i przywożenie pokarmu, krótka chwila na przytulenie i moja mantra szeptana mu do ucha. Kocham Cię, czekaj na mnie do jutra… Po pięciu tygodniach operacja, bo nie było innego wyjścia. Stan był bardzo ciężki.
Dnia operacji nie pamiętam. Gdzieś chodziliśmy z mężem po szpitalu… Dwa dni po operacji dźwięk telefonu jeżył mi włos na głowie. Byle nie ze szpitala, bo brak wieści to dobre wieści. Po dwóch miesiącach mogłam go zabrać do domu. Dziś jest małym elektronem, którego wszędzie pełno i który każdego dnia przypomina mi ile mieliśmy szczęścia. Moja wygrana na loterii!!! Ja miałam szczęście… Nie każdy tak może powiedzieć. I wdzięczna jestem za to co mam, za tyle szczęścia, za wszystkie zbiegi okoliczności, za cudownych lekarzy, za rodzinę, za przyjaciół i za wszystkie moje wybory. Wybory, do których nikt mnie nie zmuszał i mogłam decydować sama. Życzyłaby wszystkim ludziom na świecie tyle szczęścia ile ja miałam, ale wiem że to nierealne życzenie. Życzyłabym wszystkim tyle siły ile ja mam w sobie, ale to też nierealne życzenie. Wreszcie życzyłabym wszystkim jednego realnego życzenia. Możliwość wyboru gdy życie stawia nas pod ścianą.
Tak więc mały hitlerowcu pomyśl zanim skarzesz kogoś na cierpienie i piekło na ziemi, czy sam chciałbyś mieć wybór czy nie!!! Mam nadzieję, że w piekle sam Hitler wsadzi Ci za twe „dokonania” ananasa w dupę. Może pozwoli Ci wybrać jego wielkość. Życzę Ci tego.
Wam moje kochane życzę tylko dobrych wiadomości, dużo miłości i utulajcie teraz do piersi swoje „wybory”.
Kocham Was kobietki. Wszystkie bez wyjątku po prostu kocham.

Featured

Wakacyjne Perełki

Po długim i jakże niepłodnym okresie oczekiwania (właściwie to nie wiem na co) nastąpił przełom!!! Przełom, a może raczej wyłom w mojej mózgownicy. Także miłe Panie, witam Was wszystkie bardzo serdecznie i ponownie zapraszam do wspólnego analizowania postępujących w mej pracy mózgowej zmian starczych 😂😂😂. Minęły wakacje… bezpowrotnie… 😂 Ku mojej uciesze. Tak, tak Miłe Parafianki. Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że dzieci idą do szkoly, mąż do pracy, a ja wpadłam w swój rytm. Ten rytm to czasem powolny walc (gdy do 12-tej ganiam po chałupie na majtkach), czasem rumba (gdy od rana pali mi się w tyłku), czasem salsa (trzęsę zadem, ale nic nie idzie do przodu), a czasem breakdance (wiję się w różnych miejscach próbując stanąć na nogi)😂😂. Tak naprawdę to w całych tych koronawirusowych wakacjach ostatnie dwa tygodnie marzyłam już o powrocie do domu, o moich małych rytuałach i rutynie. Tak tak, O RUTYNIE. Dwa miesiące wakacji z dwójką dzieci, bez męża, na obszarze rozprzestrzenia się koronawirusa, w nie swoim domu, dały mi bardzo wiele. Wiele siniaków od obijania się o przedmioty gospodarstwa domowego, w pogoni za mym dwulatkiem. Wiele koniecznych wizyt u dentysty, od zagryzania zębów, żeby mym małym napastnikom łepków nie pourywać, gdy doprowadzały mnie niemal do eksplozji. Wiele psychicznych dołków, gdy nie miałam już siły na rozwiązywanie każdego konfliktu i wyjaśniania rzeczy tak oczywistych, że aż nie do wyjaśnienia. Wiele zbyt wczesnych pobudek o 5.00 czy 5.30 rano, gdy we śnie przeżywałam właśnie orgazm swojego życia, a tymczasem na mej twarzy lądował spadający z nieba helikopter Psiego Patrolu wypadający z rąk mojego syna. Wiele wspólnych, szybkich zakupów, gdzie zanim przebiegłam biedronkę, mój syn zdążył już (siedząc w koszyku) zeżreć, kajzerkę, loda, dwie mleczne kanapki i wyciskany serek Danio, a ja w pocie czoła, pakując zakupy do bagażnika, zdałam sobie sprawę, że o połowie rzeczy zapomniałam. Oj długo, długo te wszystkie „przyjemności” mogłabym wymieniać. Wiecie, miałam nawet taki dzień, że poprosiłam siostrę, żeby pojechała do weterynarza i poprosiła o zastrzyk usypiający dla kota tylko takiego dużego 80 kg 😂😂😂. Nie chciała mi pomóc, ale zaproponowała żeby pomieszać czysty spirytus z Xanaxem. Nie skusiłam się jednak bo stwierdziłam, że wolę wariatkowo niż płukanie żołądka 😂😂. No dobra, ale dość o tych miłych chwilach. Właściwie to miałam Wam napisać o moim wakacyjnym odkryciu kosmetycznym, ale ponieważ na pierwsze mam Anna, a na drugie Dygresja, tak mi się jakoś rozpędziło z tym moim opowiadaniem. Już przechodzę do sedna sprawy.

Raz. Jeden raz udało mi się wybrać samotnie na zakupy.. Zgadnijcie gdzie poleciałam? No oczywiście do… Kosmetycznego!!! Psychiatra tylko online, więc stwierdziłam, że oszukam przeznaczenie i poprawię sobie nastrój jak obkupię się mazidłami, płynami i substancjami upiększającymi, co mi znacznie nastrój podreperuje. Wpadłam jak dzik w kartofle do Rossmanna i zaszalałam. Przy kasie trochę mi szczęka opadła, ale pomyślałam, że ja tu przecież zakupy na cały rok robię. Udało mi się więc zagłuszyć wyrzuty sumienia, uciszyć głos rozsądku i dokonać płatności. Zlana potem, podekscytowana i szczęśliwa wpakowałam cztery torby zakupów do bagażnika i odjechałam w siną dal. I teraz mile Panie, po raz drugi, Anna dygresja przechodzi do sedna sprawy. Gorąco polecam (a post nie jest sponsorowany, bo żadna ze mnie znana influencerka) produkty firmy Tołpa!!!! Firma na rynku istnieje już wiele wiele lat. Każda z Was moje kochane znajdzie coś dla siebie. W każdym wieku. Od pryszczatej nastolatki, przez rycząca 30-tkę, dojrzałą 40-tkę, po lekko sfatygowaną 60 – tkę 😂😂😂. Powiem Wam, że to prawdziwe perełki kosmetyczne. Ja sobie upodobalam taki secik: Mikrozłuszczający żel peelingujący do mycia twarzy – seria sebio, z tej samej serii normalizujący tonik oraz złuszczający koncentrat zwężający pory sebio max efekt, a na dopieszczenie, peeling trzy enzymy . O moje drogie gładkie mordki jak mnie to dobrze robi. Żel peelingujacy jest chyba z niebiańskiego pyłu albo chociaż z kurzu z niebios bo tak mi facjatę czyści, że szał. Ma przyjemny zapach i te malutkie, drobniutkie kawałeczki, które tak doskonale masują mi skórę, są czymś obłędnym!!! Idealnie zmywa cały brud dnia minionego wraz z mą starą skóra i cudownie pobudza krążenie!!! Million dollar baby!!! Tonik to istny majstersztyk. Po nałożeniu na waciki i pierwszym przetarciu skóry czuję tak, jakby zaczynał zwiększać swoją objętość tworząc coś na styl idealnej pianki która koi i odświeża moje opadające policzki. Kocham to uczucie. Na koniec przecieram twarz koncentratem, bo walczę z moimi poszerzonymi od palenia porami i drobnymi przebarwieniami i voila. Jeszcze tylko co kilka dni peeling z papai, którego zapach mnie powala i mam buźkę jak pupcia niemowlaczka. Mówię wam dziewczęta chyba się od tego uzależniłam. I wcale nie będę się odzwyczajać. Wręcz przeciwnie, mam zamiar zamówić więcej tych nowinek on-line. Poproszę babcię żeby mi wysłała paczkę i będę wcierać te cudenka w me pupsko i pyszczydło, aż będę jedwabiście zajebista. Nawet mój ukochany Miś, który od kosmetyków stroni niczym szczerbaty od sucharów, zaczął używać serii męskiej i po jego „wylewności” sądzę że mu również dobrze robi bo kiedyś przy okazji zakupów wymamrotał coś pod nosem, że mu się ten żel kończy i może bym mu zamówiła. Uwierzcie mi na słowo, z jego ust to jak najlepszą pochwała. Tak więc babeczki po wypłacie lub udanym stosunku z mężem zabierajcie karty i testujcie te cudenka na sobie, bo znajdziecie tam prawdziwe perełki kosmetyczne. A tymczasem trzymajcie się ciepło, na nerwy pijcie melisę a na zmarchy wcierajcie to co Wam dobrze robi. Całuje mocno i życzę stosunkowo spokojnej nocy 😂😂😂

Featured

Miłość w czasach kwarantanny

Dzień dobry Państwu. Po długiej, a nawet bardzo długiej przerwie spowodowanej kwarantanną, wracam do Was moi kochani. Spieszę donieść, że po miesiącu zamknięcia moje dzieci nadal żyją, z mężem się jeszcze nie rozwiodłam, ale kończy mi się Prozak i Xanax😂😂😂 Od jakiegoś czasu stałam się bardzo zazdrosna i nie mówię tu o zazdrości o mojego wielkiego Misia , który w okresie obecnej hibernacji zapuścił brodę, lata od rana w piżamach, a wieczorem wspomina coś o tym, że może poszedłby się wykąpać. Nie, nie o tym rodzaju zazdrości mówię. Zazdroszczę tym wszystkim, którzy mają domek z ogródkiem i mogą swoją gromadkę potomstwa, niczym stado bizonów wypuścić co rano na otwartą przestrzeń. Z całego serca im zazdroszczę. Ja niestety, wraz z mą znudzoną do porzygania rodziną, zmuszona jestem do zamknięcia w pomieszczeniu tylko niewiele większym od Hobbiciej norki i umieszczonym na wysokości czwartego piętra. Widok zamkniętych i pustych placu zabaw i basenu przyprawia mnie o wrzody żołądka, a w świecące od rana słońce zaczynam pluć niczym trzylatek na widok obiadu. Siedzę sobie w tym moim luksusowym Dubaju i zazdroszczę wszystkim w Polsce, deszczu, przymrozków, zimnego wiatru i orzeźwiającego powietrza. Możecie się śmiać, ale od nadmiaru słońca i upału chyba dostanę depresji. Oddycham pełną piersią, piaskiem pustyni, który w tutejszym powietrzu przykleja się chyba jakimś wiązaniem chemicznym do tlenu i mam wrażenie że zaczyna dominować w jego składzie. Głębszy oddech powoduje powolne wypalanie śluzówki nosa, a przebywanie na otwartym słońcu prędzej czy później doprowadza do udaru słonecznego. Od ponad 3 tygodni jesteśmy zamknięci. Można wyjść jednej osobie z domu do sklepu, albo apteki, ale tylko w maseczce i rękawiczkach, i to po uprzednim otrzymaniu zgody od tutejszej policji. Nie zrozumcie mnie źle. Absolutnie nie mam o to pretensji, każdy kraj radzi sobie z zaistniałą sytuacją w najlepszy dla niego sposób. Doszłam też do wniosku, że podobnie jak każde państwo inaczej reaguje na epidemie i inaczej sobie z nią radzi, tak i w rodzinach każdy szuka idealnego, optymalnego i najmniej bolesnego sposobu na przetrwanie. U mnie było tak.

Pierwszy dzień kwarantanny pomyślałam „super!! dużo czasu tylko dla dzieci i rodziny” Do południa biegaliśmy w piżamach i stawiałam na aktywność intelektualną. Gry planszowe, gry zręcznościowe, puzzle, klocki i inne pierdoły. Około godziny 15 postawiłam na słodkie umilacze, zapominając, że połączenie wysokiej zawartości glukozy we krwi z zamkniętą przestrzenią może doprowadzić do tragedii. Wytrwałam do 19:00!!! Dzieci w łóżkach, ja wykończona, ale z poczuciem dobrze wykorzystanego dnia postanowiłam się odmóżdżyć przed TV.

Dzień drugi. Wstałam jak zwykle przed 6:00, przegrywając z siłą perswazji mojego dwulatka. Pomyślałam „no cóż, nie należy zakładać, że kwarantanna = spanie 30 minut dłużej niż zwykle.” Przygotowałam zdrowe śniadanie (dla każdego inne), zagoniłam dzieci do ogarnięcia się, czyli przebrania z pidżam w dzienne ciuchy, umycia zębów i uczesania włosów… Była godzina 11… I znów zabawy, śmiech, tańce, filmy, prozak, Xanax (dla mnie oczywiście) i tak minęło nam kolejne pół godziny… Obiad, tańce, zabawa, telewizja, herbatka z melisy i już mamy godzinę 14… Do 19:00 czułam się jak po miesiącu więzienia z ciężkimi robotami. Wieczór spędziłam tak jak zaplanowałam, w łóżku z mężem oddając się rozkoszom cielesnym, tzn. leżeliśmy oboje na płaskiej powierzchni aby nasze kręgosłupy wróciły na właściwe miejsce, bez obawy że któremuś z naszego potomstwa przyjdzie na myśl zrobić sobie z naszych wysportowanych brzuszków trampolinę. Jednym słowem: błogość!!!

Dzień trzeci. Dzień świstaka z tą różnicą, że zaczęłam nadmiernie dbać o porządek. Wysprzątałam wszystkie półki, pomyłam okna, uprałam zasłony i zdrapałam szpachelką zaschnięty bród z okresu mezozoicznego, zalegający przestrzeń pod kuchenka elektryczną.

Dzień czwarty. Dzieci omijam szerokim łukiem, co chwila zmieniając im repertuar telewizyjny aby się nie nudziły. Chyba nie uzależnią się od TV? Sama nadal sprzątam, a w między czasie prowadzę dość intensywną kłótnię w myślach z moim mężem.

Dzień piąty. Po wieczornej słownej kolizji z mężem, dochodzę do wniosku, że rozwód jest nieunikniony. Wypiłam już cały zapas melisy.

Dzień szósty. Zaczęliśmy terapię małżeńską. Rozmawiamy o naszych potrzebach, marzeniach i oczekiwaniach. Po trzeciej lampce wina doznałam olśnienia. Terapia pomaga. Zdecydowanie muszę przyznać, że mój mąż jest młodym, przystojnym i niesamowicie wesołym człowiekiem. Po czwartej lampce zaczynam na nowo odczuwać motyle w brzuchu.

Dzień siódmy. To nie były motyle, zdałam sobie z tego sprawę przeglądając koło północy treść mojego żołądka. Mąż jednak nie jest taki zły, przede wszystkim nie jest nekrofilem. Po nocnych rozmowach, gdy opróżniłam już butelkę wina i żołądek, i zwaliłam swoje zachwycające ciało do łóżka mąż dżentelmen nakrył mnie kocem po same uszy i nietkniętą pozostawił do rana.
Tak upłynął tydzień, a ósmego dnia z zaistniałej sytuacji próbowałam wyciągnąć wnioski i przewartościować swoje życie. I tak z chaosu kwarantanny wyłonił mi się mój dekalog:

  1. Najseksowniejszym i najbardziej pożądanym widokiem jest mój mąż w garniturze, z torbą w dłoni, zakładający buty przed wyjściem do pracy.
  2. W wieku 40 lat również można zostać konserwatystą. Nauka on line nie jest odpowiednia, im więcej czasu w szkole, tym lepsze efekty daje edukacja, moim dzieciom i mnie.
  3. Bez hybrydy na paznokciach też się da żyć, ale co to za życie?
  4. Odrost na włosach nie rzuca się w oczy, gdy ubierzesz kapelusz.
  5. Alkohol powoduje u mnie motyle w brzuchu, ale efekt jest krótkotrwały a poranek bolesny.
  6. Dzieci z dużą różnicą wieku „bawią się tak samo zgodnie, jak te spłodzone rok po roku.
  7. Opakowanie melisy w saszetkach 20 sztuk starcza na niepełne dwa dni. Posmak utrzymuje się w ustach jeszcze dobę po wypiciu.
  8. Xanax i Prozak najlepszym przyjacielem matki.
  9. Odchudzanie w domu jest jak wybory w trakcie pandemii. Niby można ale korespondencyjnie niewiele to zmieni.
  10. Pobyt w szpitalu i kwarantanna w nim bez rodziny jawią się matce niczym egzotyczne wakacje na jednej z wysp Bora Bora.
    Tak więc kochani do zobaczenia na żywo po kwarantannie. Spotykamy się na oddziale psychiatrycznym zamkniętym, odwyku, sądzie lub w gabinecie dietetyka.
    Oby do jutra. Całuje i stay home, stay safe.
Featured

Ujarzmić nieujarzmione 😂😂


Rzecz będzie się dziś tyczyć włosów, lub potocznie – ludzkiej pakuły. Śmiem twierdzić, że jednym z nielicznych dobrodziejstw, jakimi raczył mnie obdarować Pan Bóg, jest moja pakuła, czyli owłosienie. I o tyle, o ile z tymi na głowie jestem w stanie sobie poradzić, to już z tymi na pozostałych częściach ciała jest dużo gorzej. No to zacznę od tych, z którymi jest najgorzej. Z racji mej niespokojnej natury – wiecznego poszukiwacza, możliwie najdoskonalszych dla mnie rozwiązań, postanowiłam udać się na laser IPL, w celu pozbycia się nadmiernego owłosienia w okolicach bikini. Właściwie, to chodziło mi o to, żeby moja brzoskwinka nie wymagała zbyt dużej uwagi i żeby była zawsze gładziutka i gotowa na figle. Poza tym męczyły mnie już te „łoniaczki”, które zawsze w najmniej odpowiednim momencie zaczynały odrastać i wystawać nieestetycznie ze stroju kąpielowego. Miałam po prostu dość uczuleń po goleniu, swędzenia przy odrastaniu i strachu, jak słusznie zauważyła Fit Matka Wariatka, że jak mnie kiedyś karetka pogotowia zabierze to sanitariusz krzyknie: „co za busz” i będzie potoczna siara. Naczytałam się opinii, i reklam, i komentarzy, że ten laser IPL to takie cudo i się skusiłam. Wyczekałam aż pojawi się jakaś mega promocja i wykupiłam. 10 sesji w cenie 5ciu. No petarda i to pełna. No i zaczęłam chodzić. Zabiegi miały być bezbolesne, może z małym poczuciem dyskomfortu. A dupa. Przy tych zabiegach mój organizm nabył odruchu Pawłowa, który u mnie polegał na tym że na dźwięk piknięcia lasera zaczynałam ściskać dupę. Wiedziałam że zaraz nastąpi niemiła niespodzianka, czyli ukłucie, bo takowe uczucie towarzyszyło owym zabiegom. No dobra, pomyślałam, przeżyję to wszystko aby moja brzoskwinka😉 wyglądała jak marzenie. I miłe Panie…. Rozczarowałam się jak jasna dupa. Co mi te zabiegi dały? Uwaga, podsumowuję: wyczyściły mój portfel, zmarnowały mój czas, wywołały odruch spinania dupy przy każdym bip, bip,bip, spowodowały rozjaśnienie włosów łonowych (choć nie planowałam tam koloryzacji) i…. I to by było na tyle. Nie polecam IPL. Muszę wam jednak dziewczynki powiedzieć, że to było koło 10 lat temu. I dziś czytam, że ten IPL to się nadaje bardziej do masturbacji żab, niż do pozbywania się owłosienia. Szkoda, że wtedy tak bardzo uległam marketingowym chwytom. Od tamtej pory uprawiam masochizm, tzn. regularnie co 2-3 tygodnie chodzę na wax. Wiem, że boli jak jasna cholera. Tzn. muszę wam powiedzieć, że mnie już nie boli. Po pierwszych 5ciu zabiegach albo mi się próg bólu zmienił, albo wyrwali mi wszystkie zakończenia nerwowe razem z włosami, bo jak dziś mam wosk to mnie jakoś nie boli. Wiem wiem, ja jakaś wynaturzona jestem pomyślicie, lecz dla mnie to jedyna opcja. Tylko wnerwia mnie fakt, że muszę latać co jakiś czas i wywalać gołą broszkę przed obcą babą. Wolałabym zrobić raz i mieć święty spokój, na rok albo dłużej. Ale mam już szatański plan, bo znalazłam jakiś nowy laser, który podobno daje efekty długotrwałe i 100% satysfakcji, więc jak tylko wyląduję w Polsce wypróbuję i dam znać jaki jest efekt i czy polecam. Bez obaw, nie będę Was paraliżować zdjęciami przed i po😂😂😂😂 Tymczasem pozostaje mi walka u kosmetyczki i w samotności z depilatorem. No dobra miłe Panie, to tyle jeśli chodzi o najważniejszy kobiecy narząd zaraz po ustach😂😂Pozdrawiam i życzę miłego dnia. Tak właściwie to miałam Wam dziś polecić specyfik genialny do włosów😂😂😂 ale jakoś tak od głowy do cipki, i wyszło jak wyszło!!! Obiecuję „next time” będzie o włosach na głowie. Buziaczki moje kochane.

Featured

Zawsze razem

Mam dziś jakiś wisielczy nastrój. Pewnie to zespół napięcia przedmiesiączkowego (pms), bo wszystko mnie, delikatnie rzecz ujmując, wkarwia. Mąż mnie wkarwia, włosy mnie wkarwiają, a pomidorówka będzie w pięciu garnkach – bo tak. Dziś jest ten dzień, który choć bym chciała zaprzeczyć, że istnieje, to zwala się na mnie z comiesięczną precyzją. Już tydzień przed, dopada mnie złość. Mąż jakiś taki dziwny się w mych oczach staje, ja chodzę spięta jak majtki w kroku, a w kłótni zapytana o argumenty odpowiadam: bo tak mi się podoba”. I nie da rady inaczej. Mam takie wrażenie, że wszystko we mnie kipi, a każda najdrobniejsza pierdoła rośnie we mnie i za chwilę roztrzaska mi dupsko na kawałki. A nie daj Boże, żeby stary powiedział przypadkiem „Co Słonce, masz te dni?” Ooo. Szlag by go jasny z mej ręki trafił, już chyba samo moje spojrzenie by go zabiło. Zawsze wtedy przypomina mi się kawał o babie, która przychodzi do lekarza i mówi że wszystko ja wkurwia. Mąż ją wkurwia, dzieci, praca, koleżanki i co jej jest. A lekarz pyta: „a seks?” Czy seks też panią wkurwia. Ona na to, że nie wie. Wiec lekarz, spiesząc z diagnozą, służy pomocą i proponuje sprawdzenie. Po chwili kobieta wnerwiona mówi: „Panie!!! Pan go wkładasz czy wyciągasz bo mnie to wkurwia!” 😂😂😂 I taka właśnie jestem ja, w okresie swych napięć. Próbuję wtedy tak zwanego samopocieszenia. Dziś na przykład, wybrałam się do kosmetyczki. Wyleżałam się trzy godziny, wymasowałam, o pyszczydło zadbałam… I dupa. Nic nie cieszy. Powiem wam jedno. Ja nie wiem czemu nas pan Bóg tak pokarał tymi hormonami. Jak masz pms to hormony, jak masz baby bluesa po porodzie, to hormony, jak masz uderzenia gorąca przy menopauzie, to hormony. Nosz żesz diabeł jasny. Jak leżałam tuż przed porodem w szpitalu to z takim zdziwieniem patrzyłam na te wszystkie świeże mamy, które snuły się po korytarzach zabeczane, opuchnięte, z mina bezmózgiego zombi i zastanawiałam się, co one takie smutne. Dzieciątka malutkie, słodziutkie różowiutkie mają i takie nieszczęśliwe chodzą. Na drugą dobę po porodzie zrozumiałam. Och jak ja to doskonale zrozumiałam. Zrozumiałam to w momencie, w którym siedząc szczęśliwa na sali, spoglądając na moją córkę, przegryzałam cholerną marchewkę i omal się nią nie zakrztusiłam, jak się zaczęłam zanosić płaczem. Dwie minuty później zrozumiałam to kolejny raz, gdy mąż przyniósł mi do szpitala zakupy. Dzień wcześniej poprosiłam go o kupno Tantum Rossa. Wszystkie znacie ten preparat do higieny intymnej. Dzwonię do misia i mówię: „misiu tantum rossa, tylko w saszetkach weź mi w aptece.” „Dobrze słońce przyniosę”. No i przyniósł. Wpadł zadowolony do sali i woła. Mam Słońce, tylko Pani w aptece powiedziała, że nie ma w saszetkach, jest tylko w sprayu, ale to chyba też ok, nie?” Oczy jak żaba jaja wywaliłam, ale myślę sobie no możne zamiast myć, teraz zrobili coś żeby tylko pryskać. No ok. A on mi z torby tantum verde na gardło wyjmuje.😂😂😂 No tak, pomyślałam, zanosząc się płaczem, nie sprecyzowałam mu w końcu, o którą dziurkę mi chodziło. Łatwo się pomylić.😂😂😂. Ale nie jestem z tym sama. Moja koleżanka mi któregoś razu wspomniała, że ona to co miesiąc się ze starym rozwodzi, bo jak ma pms, to on się jakiś nie do zniesienia staje. 😂😂 No to zupełnie tak jak mój. No nie poznaję chłopa kompletnie. 😂😂😂 Tak właśnie dziś czuję, i współczuję sobie i wszystkim kobietom, które podobnie jak ja, tak bardzo odczuwają te hormonalne skoki. Dziś współczuję też mężom, że na swoich barkach, w te dni, dźwigają nas i nasz pms. No trudno, trza z tym żyć.
Jak znajdziecie jakiś złoty środek, żeby się tak nie rozsypywać emocjonalnie w te dni, dajcie znać. Czekam, aż ktoś coś wynajdzie na złagodzenie szału macicy. 😂😂😂 Pozdrawiam Was, i idę żreć Doritos przed telewizorem, bo tak i koniec.
A teraz tłumaczenie techniczne i instrukcja dla mężczyzn. Pms w uproszczeniu to menstrualny syndrom. To jest ten zwrot, którego nie możecie wypowiadać w naszej obecności na głos, aby ochronić się przed nienawistnym spojrzeniem i włoską awantura. Tak to są te dni, w których teoretycznie moglibyśmy uprawiać seks bez zabezpiecznia, ale po co komu masochizm. No chyba, że lubisz😉. To są te dni, gdy wstajesz rano i niezależnie, którą nogę postawisz pierwszą na podłodze, będzie źle. Poproszony o wyniesienie śmieci, zrywasz się niczym burza i bez mrugnięcia, a nie daj Boże, grymasu na twarzy, popierdzielasz do śmietnika, po drodze zgarniając też śmieci sąsiadów, z wyjątkiem cycatej blondynki Joli spod 6. Przy jej drzwiach spuszczasz wzrok w podłogę i przyspieszasz kroku. Jak na obiad dostajesz, 4 dzień z rzędu, pierogi, polewasz je obficie ketchupem (dla urozmaicenia) i wsuwasz, zachwalając przy tym jej zdolności kulinarne. Nie pytasz o głupoty typu jak Ci minął dzień, a jeśli Ci się już wyrwie, cierpliwie słuchasz i udajesz zainteresowanego, co chwila wtrącając: masz rację kochanie. Na wieczorny seans filmowy zamawiasz chińczyka dla siebie i dla niej oczywiście big box, robisz wiadro popcornu i dwa mniejsze, z lodami i chipsami. W wyborze repertuaru kierujesz się zasadą im bardziej durno romantyczny tym lepiej (to Cię ochroni przed samotnym wieczorem). W trakcie oglądania pochłaniasz pożywienie w tej samej ilości co ona, nawet gdybyś przypłacić miał to pawiowaniem. Robisz to aby uniknąć awantury, że uważasz ją za grubą. Pamiętaj, Słonie nigdy nie zapominają.😂😂😂 A jeszcze jedna istotna kwestia. Chyba najważniejsza!!! W trakcie tego miłego i ciekawego wieczoru przed ekranem Tv, gdzie po drobnej przekąsce, przytuli się do Ciebie partnerka, niech Ci przypadkiem nie przyjdzie do głowy, żeby ją w jakikolwiek intymny sposób miziać, tudzież drażnić jej sutki. Ooo matko, niech Cię ręka boska broni, no chyba, że chciałbyś stracić, którąś z kończyn lub odstających części. Pamiętaj, stymulacja seksualna jest w tych dniach zakazana, no chyba że twoja ukochana zainicjuje takową sama. Także Panowie, to by było po krótce, w kilku głównych punktach, jak przetrwać pms. Życzę Wam cierpliwości i pamiętajcie, że TE dni nie trwają wiecznie. Was również pozdrawiam ja i mój pms.

Featured

Zrobić sobie dobrze

Moje miłe koleżanki. Ja się dziś przed Wami obnażać będę!!! Pewnie gro z Was mnie skrytykuje, część uzna za chorą na umyśle, a pozostałe będą bądź zniesmaczone, bądź oburzone, tudzież zachwycone. No dobra, przyjmę wszystko po męsku, czyli na klatę. Sprawa się rozchodzi o szeroko pojętą medycynę estetyczną. To teraz taki modny zwrot, bardzo często używany i nie mniej często, krytykowany. Nasze polskie gwiazdy i gwiazdeczki, które w wieku 40 kilku lat wyglądają na swych pyszczkach jak 20 latki, z ogromnym przekonaniem zaprzeczają, że poddają się jakimkolwiek ostrzyknięciom, liftingom, czy też naciągnięciom. Jedna mówi, że to kwestia diety wegańskiej, druga że to geny, trzecia że to sport, czwarta że to cudowne kosmetyki prosto z serca natury, organic, bio i eco friendly, które sama produkuje we własnej kuchni i sprzedaje w biodegradowalnych opakowaniach. No za diabła nie wierzę!!! Pokażcie mi kobietę po 40tce, która nie ma ani jednej zmarszczki mimicznej, czoło super gładkie jak dupcia niemowlaczka, a wokół oczu nie pojawiają jej się te cholerne kurze łapki. No możne jakaś garstka by się zebrała. I teraz wkraczam ja. Ponieważ ze mnie to jest taki dziwny przypadek, że strasznie jarają mnie rzeczy, które dają efekty w krótkim czasie. Kremy, serum i inne mazidła pozostawiam osobom, które są konsekwentne i maja samodyscyplinę w sobie, bo ja niestety jestem leń. Wiem wiem, kiedyś mi się to czkawką odbije, tak jak moja miłość do jedzenia i niechęć do sportu, ale póki co trzymam się myśli, że nie jest źle. I tak któregoś dnia, ja leniwa Anna, przeglądam swoje zdjęcia sprzed 20 kilo, z nostalgią przywołuję wspomnienia o talii osy, pupie Jennifer Lopez i cycu Pameli Anderson. I zerkam w lustro. No oczom własnym uwierzyć nie mogę. Jakiś wieczny smutek mam, wymordowane oczy, a zamiast ust, takie chude kreski. No myślę sobie, że może źle spałam, czy ze zmęczenia i że taki stres ostatnio i dieta i te fajki moje. Jutro sprawdzę jeszcze raz. I wstaje i lecę do lustra, a tam to samo. Patrzy na mnie jakieś pofałdowane, wygniecione i zasmucone babsko. Ta cholerna grawitacja wszystko mi w dół ciągnie!!! Dobrze, że dupa jeszcze nie zwisła do kolan, myślę. Poleciała ja do swojej kosmetyczki i mówię jej, że ona z tym coś musi zrobić. Że ja nie chce wyglądać jakbym była wiecznie smutna i zmęczona, i jeszcze te usta, przez których brak, wyglądam jak wredna suka.😘😘😘 Moja cudowna Anitka mnie obejrzała i powiedziała, że mamy dwa wyjścia. Jedno szybkie, drugie wymagające czasu. Jak się domyślacie wybrałam to szybkie, bo mi się zawsze w dupie gotuje i muszę wszystko od reki załatwić. No i? No i ostrzyknęła ja się filerem z kwasu hialuronowego. Jeden na facjatę, drugi w usta. Oczywiście zastrzegłam sobie, że ja nie chcę wyglądać jak glonojady z selfie, tylko żeby było widać te czerwone usta na twarzy chociaż trochę, Żeby było widać, jak sobie szminki zapragnę użyć, że jej użyłam. Powiem Wam tak. Efekt na twarzy: Wow!!! Skóra taka jędrna i odżywiona i świeża i wypoczęta. Na milion dolarów wyglądałam. I teraz usta. Po powrocie do domu podchodzę do mego ukochanego i czekam. Czekam aż on zauważy i mnie skomplementuje. I kurła czekałabym tak chyba wieki, ale że niecierpliwa jestem, to się go pytam: „Misiu, i jak?” A on na mnie patrzy i wie, że to ten moment, w którym powinien zauważyć zmianę i ją skomplementować, ale widzę że ma z tym problem. No to ja się niecierpliwię i mu twarz do przodu przed gały wystawiam, a on mi na to: „O, u fryzjera byłaś? Super. ” Nie kurła Misiu, usta” „A nowa szminka?” A huk, pomyślałam, ważne, że ja widzę, że mam usta😂😂😂. I tak kończąc moją opowieść, powiem wam, że ten hialuronik na twarz to będę powtarzać, bo efekt mi się bardzo podoba, ale usta to sobie daruję, bo szału nie ma. Napierdacza to kilka godzin po zabiegu, że szał macicy. Dotknąć się w usta nie mogłam, a miałam je masować. Daruję sobie kolejny raz. Zostaję przy moim starym wizerunku bez ust, czyli styl na wredną sukę. Ale jak macie ochotę albo szatański pomysł na ostrzykiwanie twarzy, to ja was zachęcam. Mnie to jara i na psychikę mi dobrze wpływa. I tak sobie sama dobrze zrobiłam. Także, przy ewentualnym spotkaniu mnie na żywo, proszę uwzględnić fakt, że jak wredna suka wyglądam, to przez te usta😂😂😂. Pozdrawiam Was moje kochane. Do następnego.

Featured

Głód ideału


Wszyscy czegoś pragniemy. Od paru dni opętała mnie jakaś myśl prześladowcza. Obstawiam, że to skutek tych wszystkich noworocznych „prowokacji”, czy też staro-rocznych podsumowań. No trudno nie zatrzymać się na chwilę i nie powspominać mijającego roku, a już na pewno nie sposób nie wziać się za siebie gdy z każdego ekranu telewizora, komputera, czy telefonu zarzygują nas, za przeproszeniem, fotkami z odchudzających przemian 2019, instagramowych trendów na rok 2020, czy tudzież cudownych przemian dokonujących sie na naszych oczach. Mam już dość! Ostatnio mało się nie posmarkałam. A to za sprawą naszych instagramowych guru, internetowych sex bomb, i całej tej śmietanki opinio i ideało-twórczej. Nosz żesz gdzie kurła nie spojrzę, to uśmiechnięte, wypindrzone seksbomby w pełnym, idealnym makijażu i rozmiarze podwójne xs, na którym to każdy ciuch wygląda jak za milion baksów. Rodziny owych dam uśmiechnięte, dzieci grzeczne z pasjami i nietuzinkowymi zainteresowaniami, mężowie jak z okładki Vogel’s, z włosami wystylizowanymi na „worek na śmieci” (no wiecie, wszystko podgolone, jak cipka ekskluzywnej prostytutki, a na czubku niby to niedbały koczek). Mężowie mają modne w tym sezonie brody, misternie przycięte, niczym żywopłot przy szkolnym boisku, u „barbera”. Noszą owym gwiazdom pięknie podane śniadania, do pięknego łóżka, w którym w jeszcze piękniejszej pościeli leży rzeczona instagramowiczka. Tuż obok pies, spoczywa na mięciutkim posłaniu, tęskno spoglądając na pływające w akwarium, rodem z filmu „Gdzie jest nemo” rybki. Dzieci grzecznie bawią się w kąciku pośród pięknie, równiutko poukładanych zabawek, w równie pięknych piżamkach. Nasza gwiazda przez cały dzień zamieszcza przepiękne zdjęcia i filmiki z przebiegu dnia. Tu upiekła i dekoruje z dziećmi ciasteczka, tu dzieci samodzielnie, bez brudu i tuzinów mąki, rozsypanej po podłodze przygotowują pizzę własnej roboty, w miedzy czasie nasza showmenka upija łyk kawy z Rosenthala, delektując się ciekawą, jak mniemam, lekturą. W między czasie nagrywa tutorial jak z kosmetyków za miliony monet zrobić sobie błyskawiczny, bo ino jedną godzinę trwający make up, a mąż w tle ubija bitą śmietanę z organicznych produktów, aby wieczorem pofiglować z, jakże naturalnie piękną, żoną, jego domowym króliczkiem playboya. Na tych zdjęciach i filmikach sama magia, błogość, piękno, spokój i harmonia. A ja się pytam u kogo tak jest przez cały dzień!? Za przeproszeniem, kutas mnie jasny strzela jak laska robi sobie sweet focie o 6 rano, że taka rześka i od razu umalowana, z fryzurą niby to niechlujną, ale jakże dobrze wystylizowaną. Myślę sobie jak ona to robi . Ja do 11 latam w piżamach, starając się ogarnąć cały chlew, który pozostawiła moja rodzina, rozpoczynająca swój dzień, a który to skutecznie odświeża mój 2-letni syn. Jak pójdzie na drzemkę, wskoczę pod prysznic i zrobię szybki 4 minutowy makijaż, i wysuszę moje kudły, jeśli się nie obudzi. Odzieję się w czystą odzież, która takową pozostanie, do momentu w którym mój mały złodziej czasu nie zacznie konsumpcji. O spokojnej lekturze mogę tylko pomarzyć, no chyba że za takową możemy przyjąć czytanie etykiet na opakowaniach. Starsza córka jest niesamowicie grzeczna do godziny 14.30, czyli do momentu, w którym opuszcza mury szkoły. Po tym czasie następuje na ogół, pasmo niekończących się pretensji, awantur, fochów i modlitwa o koniec dnia. Moja modlitwa. Spacer kończy się awanturą o zbyt silny wiatr, kąpiel w basenie kłótnią o zbyt zimną wodę, a moja prośba o sprzątniecie pokoju okazuje się być wyczerpująca, ja nudna, a moje roszczenia nie na miejscu. Próbując spędzić miło czas, proponuję wspólne pieczenie ciasta, z nadzieją, że wszystko wypadnie jak na instastory. Mój błąd. Dzieci w mące, ja w surowym cieście, podłoga z prześwitami w kolorze kafelek, kuchnia jak po tsunami stulecia, a z ciasta wyszedł zakalec. I znowu nie było perfekcji. Mój maż wraca po pracy i to ja mu serwuje obiad, z nadzieją, że jak szybko zje to zdejmie ze mnie tych dwoje, jęczących krasnali i położy ich szczęśliwie spać. I tak mniej więcej wygląda mój dzień. I tak się ostatnio zastanawiałam co ja robię źle? Co jest ze mną nie tak, że moja codzienność daleka jest od internetowych ideałów? A no nic miłe moje. Moje życie jest normalne, zwyczajne, zbalansowane. Mam momenty gdy trafia mnie szlag, mam momenty gdy śmieję się do łez, mam momenty szczęścia i radości, smutku i rozpaczy. Jednym słowem bilans jest prawidłowy. Mogłabym cykać i uwieczniać swój dzień jako idealny, bo z całego chaosu codzienności wychwyciłabym tych kilka idealnych chwil. Mogłabym przedstawić mój dzień jako pasmo niekończących się nieszczęść, tylko po co, pytam. Komu ja mam imponować i przed kim udawać. Moje życie jest zwyczajne, choć w niezwyczajnym Dubaju się toczy. Nie wierzcie ludziom którzy przedstawiają siebie, swoje rodziny i życie jako pasmo radości, szczęścia i luksusu. W życiu musi istnieć balans. Nie ma ideałów, ale zawsze można się na taki wykreować. Łapcie radość z życia, zapamiętujcie ulotne chwile, cieszcie się, kochajcie i o swoja rozkosz z mężem zadbajcie. 😂Tym góralskim akcentem kończę. Lecę myć idealny tyłek mojego dziecka, które zrobiło idealną kupę i idealnie rozgniotło ją po same pachy😂😂😂. Idealnie!!!

Featured

Z nowym rokiem, nowym krokiem


Witam Was moje Kochane. Śmiem przypuszczać, że po świątecznym obżarstwie wasze drugie, drogie połówki mają więcej ciałka do kochania. U mnie, taki bonus dostaje mąż po każdych świętach. Podobno kochanego ciała nigdy za dużo i będę się tego trzymać dopóty, dopóki mój mąż, będący przy mnie w stanie podniecenia seksualnego, po spojrzeniu na mnie nie powie: „a ch.j rozchodzę jakoś”. To będzie ten moment, w którym moje ciało zacznie go delikatnie rzecz ujmując onieśmielać. 😂 Póki co, nie zauważył znaczących przyrostów mojej wagi, więc nie mam się co denerwować. No dobrze moje niewiasty, żarty żartami ale idzie nowy rok i trzeba będzie coś przedsięwziąć.😂 Można przedsięwziąć dietę, można przedsięwziąć treningi, można przedsięwziąć zdrowy styl życia, można przedsięwziąć więcej czasu dla siebie, albo dla rodziny. Można też obiecać sobie, że będzie się o siebie bardziej troszczyć, że się w sobie człowiek spróbuje zakochać na nowo, że da sobie czas na przyjemności i relaks i marzenia. Ja właśnie ten rok postanawiam zadedykować samej sobie. Nie myślcie, że od dziś nie będę matką żoną czy córką. Absolutnie nie. Chce wyznaczyć sobie realny cel i robić małe kroczki. Nie chcę obiecywać, że od nowego roku polecę na siłkę i przejdę na drakońska dietę. Nie da rady. Zawsze kończy się tak samo, czyli wydane pieniądze, nowe fitness ciuchy w szafie, karnet na fitness w portfelu, a ja z torbą Doritos, przed telewizorem ćwiczę wciąganie brzucha, żeby wyglądał jakby siłowni nie potrzebował. A fuj, fuj, fuj. Złe babsko, złe. Moja psychika jest cudowna i na lenistwo znajdzie tysiąc wymówek i usprawiedliwień. Zaczynam dobijać do wieku, który jest podobno najbardziej produktywnym okresem w życiu człowieka. Zaraz zaczną mi śpiewać 40 lat minęło, a ja bardzo się z tego cieszę. Cieszę się, bo minione lata przyniosły mi doświadczenie, wiedzę i umiejętności. Teraz wiem co jest dla mnie priorytetem, na co mnie stać, co lubię, a czego nie znoszę. Jestem 100% świadoma siebie. Nie potrzebuję eksperymentów by odkryć swoje potrzeby, bo już je znam. W tym wieku znam sama siebie i wiem na co mnie stać. Tak więc z tym nowym rokiem, stawiam na siebie. Nie mam zamiaru pocić dupska na siłowni, ale jak opęta mnie duch wolności pójdę za jego głosem, na chwilę porzucę swoje obowiązki i pójdę na długi spacer. Jak mi się zachce nudzić, pójdę na plażę i wsadzę swoje dupsko do wody i będę tak leżeć dopóki mi się nie znudzi, albo dopóki Greenpeace nie będzie mnie chciało, jako okaz wieloryba, na pełne morze zwodować. Jak zatęsknię za samotnością, pożyczę rower, wcisnę słuchawki na uszy i po prostu pojadę. Jak mnie tyłek od siedzenia rozboli, pójdę na masaż, a jak mi najdzie ochota na seks z mężem, rozsypię dzieciom groszki po podłodze i zamknę się w toalecie, jak za starych dobrych czasów. I jeszcze postanawiam na 40 pitolnąć sobie piękne zęby i cycki. A co! Chcę by wieko mojej trumny nie mogło się domknąć przez te dwa sterczące melony, a archeolodzy, wieki po mojej śmierci, mogli napisać, że odnaleźli szczątki kości i dwa worki niezidentyfikowanej substancji, o nieznanym przeznaczeniu, spoczywające na klatce piersiowej nieboszczki.😂 Tak właśnie zrobię, bo dziś wiem czego chcę!!! Życzę wam, moje kompanki realnych celów, chęci by łapać marzenia i radości z samych siebie. Resztę kompleksów przegryzę pączkiem z adwokatem, bo takie właśnie uwielbiam.

Featured

Make life boho…


Nadszedł ten dzień moje miłe Panie, kiedy okres przedświąteczny za pasem, a ja popadam w melancholijny nastrój i potrzebuje porazić swój zmysł estetyki. No i sobie porażam. Jakoś tak, patrząc na siebie, dochodzę do wniosku, że Stwórcy, który pomógł moim rodzicom w moim poczęciu zabrakło albo czasu, albo cierpliwości. Myślę sobie też, że w akcie stworzenia, coś odwróciło Jego uwagę i zamiast skupiać się na obdarowywaniu mnie niezliczonymi talentami, urodą, figurą i wybitnym intelektem, zapomniał dosypać do mojego eliksiru życia tej mieszanki, tylko się zagapił i sypnął ją Marylin Monroe. 😂😂 No cóż, trzeba się z tym faktem pogodzić i próbować sobie z tym radzić. I o tyle, o ile mankamenty urody można zakryć grubą warstwa pudru, o tyle zmysłu estetyki nie jestem w stanie podrasować w żaden sposób . Ale nie martwcie się miłe Panie, na to również znalazłam antidotum. I tak na przykład, zakupy w sklepie z odzieżą są dla mnie wyzwaniem nie lada, i sporym obciążeniem dla rodzinnego budżetu. O co chodzi? Już wyjaśniam. Jak tylko najdzie mnie ochota na „shopping”, wyruszam do najbliższego centrum handlowego i… I klops! Niczego nie mogę znaleźć. Wszystko jest piękne, ale jak próbuje wcisnąć coś na swoje dupsko to zamiast wyglądać jak milion dolarów, wyglądam jak milion nieszczęść. Bluzka no niby fajna, ale co do niej? Spodnie? Spódnica? Czy może kupić i zakładać do tego tylko gacie, żeby przyprawić męża o dreszcz emocji, jak mu tak parę razy przed oczami z tą gołą dupą przeparaduję. Z drugiej strony myślę, że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia, więc nie ma sensu paradować przed nim kolejny raz.😂😂 I tak odkładam te naręcza ubrań, które dźwigam niczym wielbłąd dwugarbny do przymierzalni. I nagle oświecenie!!! O niebiosa!!! Na wystawie stoi manekin ubrany w tę właśnie bluzkę, która mi się tak bardzo podobała, a którą nie wiedziałam „z czym zjeść”. I ma do tego jeszcze śliczny paseczek, i torebunię, i apaszkę, i na szyi wisi przecudowne błyszczące bzdzidło!!! Bierę! Bierę cały zestaw! Jupi! I tak miłe Panie, nauczyłam się trudnej sztuki dobierania ciuchów, dodatków i innych pierdół w taki sposób, żeby wyglądało to dobrze. Po prostu kupuję „zestawy cwaniaczka”, skompletowane przez sklepowego stylistę.🙈🙈 No nie powiem, że to jest tani „gips”, bo cały zestaw kosztuje, ale nikt mnie nie nazwie totalnym bezguściem, może tylko bezguściem. 😂😂 Tak samo rzecz się ma jeśli chodzi o wystrój wnętrz i dekorację mieszkania. Zdaję się na specjalistów i ich aranżacje i pomysły. Dzieje się tak, od momentu w którym postanowiłam zawiesić w swoim mieszkaniu firanki w kolorze czarnym. Tak dziewczynki, w kolorze czarnym. Tak bardzo mi się podobały, że pół nocy je podklejałam taśmą i dopasowywałam długość, po czym zawisły. Zawisły niczym czarna flaga na szubienicy. Teściowa po przyjściu w odwiedziny stwierdziła, że czuje się jak w grobie i odwiedzać nas nie będzie, bo to Ją wpędza w depresję. I rację miała, bo ja, po kilku dniach, doznawać zaczęłam jakiegoś dziwnego uczucia. Jakieś opętanie czy cóś. 😂😂 Nerw mnie łapał przez cały czas i jakoś tak mi smutno było i płaczliwie. Firanki zdjęłam i tak moja przygoda z „designem” się zakończyła. Dziś, to mój mąż zajmuje się wystrojem wnętrz i idzie mu to o wiele lepiej niż mi. Ja z kolei, chcąc poczuć się jak osoba z dobrym gustem i smakiem, przeglądam różne strony internetowe, sklepiki, pracownie i inne tego typu miejsca, w poszukiwaniu wrażeń, piękna i inspiracji. Kilka miesięcy temu natknęłam się na stronę www.bohoswing.com. O Kobiety!!! Zaglądajcie tam koniecznie. Takich perełek nie widziałam już dawno. Wszystko jest tak cudownie lekkie, tak pełne smaku i wyczucia, że zakochałam się bez pamięci. Meble, elementy dekoracyjne, torebki, biżuteria. To wszystko tam znajdziecie. Najlepsze w mojej historii jest to, że dziewczyna, która to wszystko rozkręciła i która jest właścicielką tego sklepu, mieszka w Dubaju. Właściwie, to jest moja sąsiadka i miałam okazję Ją poznać. I to jest niesamowite. Bo pierwszy raz w życiu spotkałam osobę, która jest tak niesamowicie spójna z tym co robi, jak to robi i jak wygląda, że zachwyca mnie w 100%. Jest przepiękną kobietą, pełną delikatności i wyczucia smaku. I możecie mi wierzyć lub nie, ale to wszystko co oferuje w swoim sklepie jest cudowne i piękne jak ona sama. Wyszukuje wśród tysięcy produktów takie perełki że masz ochotę na każdą rzecz, którą oferuje. Mało tego, jakość tych produktów to jest 100% satysfakcji. Ona się podpisuje tylko pod tym co sprawdziła i w co wierzy. Boska kobieta, z mega gustem i smakiem. Zajrzyjcie na jej stronę. Śledźcie ją na Instagramie, a na pewno zakochacie się, tak jak ja. Jak potrzebujecie inspiracji przy meblowaniu sypialni, zerknijcie na jej stronę. Potrzebujecie prezentu dla przyjaciółki, siostry, żony, zaglądajcie na tę stronę. Ja tam buszuję codziennie, bo daje mi to takie doznania wzrokowe, że przez moment czuje się jak ktoś wyjątkowy. I ten spokój, który mnie ogarnia, to jest coś terapeutycznego. Pozdrawiam Was moje kochane i lecę przekonać męża do łóżka sypialnianego z jej sklepu. 🙈 Muszę mu chyba obiecać jakieś doznania erotyczne rodem z Playboya, ale czego się nie robi aby zaspokoić własne zachcianki. 😂😂😂 Buziolce Kochane.

Featured

Matki nie chorują


Jestem chora!! Spokojnie dziewczęta, nie panikujcie, to tylko wirus, żadna choroba psychiczna. Choć na dobrą sprawę, nie wiem czy pod beretem coś mi się nie poprzestawia przez to „leżenie”. Leżę i mam wrażenie, że za chwile rozpadnę się na drobne kawałki. Z mego chopinowskiego noska wydobywa się coś dziwnego i to nie jest muzyka. Głucha jestem jak pień, a z każdym kichnięciem lub kaszlnięciem ogarnia mnie dreszcz przerażenia, czy aby wszystkie mięśnie utrzymają moje wnętrzności na miejscu i nic nie wydostanie się na zewnątrz, na skutek nagłej dysfunkcji któregoś ze zwieraczy. Leżę tak i dogorywam, a moja najsłodsza córka wychodzi z otchłani czarnej dziury, zwanej „Zuzanna’s room” i patrzy na mnie ze zdziwieniem. Mamo co Ci? Dlaczego leżysz? Zapytuje z niekrytym zdziwieniem i przerażeniem w głosie (przecież mamy nie chorują, a już na pewno chorując, nie leżą w łóżku). Chora jestem córciu – odpowiadam. „Ok” rzuca i znika w czeluściach czarnej dziury. I tak sobie myślę. KURŁA, no nie mogę chorować, nie mam na to czasu, ani cierpliwości, ani nawet własnej umieralni, gdzie nikt nie będzie po mnie skakał, pytał, ani chciał czegoś . Dla przykładu umieralnię taką, za każdym razem organizują sobie mój mąż i moja córka. W sytuacjach chorobowych, na środku salonu, w niewielkiej odległości od telewizora i z pilotem w zasięgi ręki, tworzą sobie coś na styl legowiska. Ta dziwna struktura wyglądem przypomina zamek krzyżacki, a za fosę służą chusteczki, przekąski, naczynia i cały oręż wspomagający ciało i duszę w walce z chorobą. I broń Boże poprosić o stworzenie jakiejkolwiek harmonii lub ładu przy tych zasiekach. Mąż ma do tego jeszcze zespół zrzędzenia chorobowego. I tak, gdy podaje mu herbatę z cytryną, z jego trzewi wydobywa się głos konającego: „Słońce, a dlaczego ja muszę pić tą herbatę taką gorącą?” „Misiu, bo witamina C jest w niej i lepiej się wchłania na gorąco”, łgam niczym Kurski na konferencjach prasowych. A skąd ja mam KURŁA wiedzieć czemu gorącą. Mama mi zawsze taką robiła i piłam, bo kazała. Tak sobie leżę i dogorywam i zrobiłam już chyba wszystko co w mojej mocy w walce z tą przewlekłą (trwa już drugi dzień) chorobą. Obżarłam się czosnku, który ponoć ma działanie zbliżone do antybiotyku – śmierdzę teraz jak kukła na wampiry. Opiłam się syropu z cebuli – wieczorny sex mam z głowy. Nie zbliży się do mnie po tej mieszance . Fervex mam już chyba nawet w moczu, bo wypiłam już wiaderko mniej jak chora krowa. Córka dziwnie na mnie patrzy i nie chce się zbliżać na odległość 2 metrów, ale za to mój Duduś bardzo dobrze się bawi, skacząc po sflaczałych i niespiętych zwłokach mamy. Zapach mu kompletnie nie przeszkadza. I tak sobie myśle, jak mi kiedyś cudownie było. Jak się zaczynałam rozkładać, to szybko do Mamulki. A ona mi tak pomagała, i tak mnie pielęgnowała, i zawsze mi tak dobrze było, i szybko zdrowiałam. A teraz? Teraz mam cudowną rodzinę, dwójkę małych zwierzaków, które w nosie mają moje zespoły napięcia przedmiesiączkowego, choroby, fochy, ciche dni i inne potrzeby. I tak mi przyszła do głowy myśl, że każdy jest dzieckiem dotąd, dokąd ma matkę. Jestem szczęściarą bo moja Mama jest ze mną. I choć dzieli nas spora odległość, zawsze czuję, że mnie rozumie i kocha i martwi się o mnie. Dla niej zawsze będę dzieckiem. Marzę o dniu, w którym moje dzieci docenią i zrozumieją, ile dla nich robimy i jak ważni jesteśmy. Tymczasem miłe Panie, zadzwońcie do swoich Mam. Powiedzcie im, że je kochacie, a tym które odeszły, wyślijcie dobre słowo do nieba. Jestem pewna, że nawet tam o nas myślą. Trzymajcie się zdrowo, bo Mamy nie maja L4 i dbajcie o siebie tak mocno, jak tylko możecie, bo jesteście niezastąpione. Całusy z łoża śmierci.

Featured

Być jak „Zgorzkniała pizda”…

W słowie na niedzielę, dziś kłaniam się wszystkim mamom. Tym, które aktualnie prowadzą produkcję mleczną i podłączone do laktatora przymykają oko, żeby je z przerażeniem otworzyć, bo o mały włos nie rozlały nektaru bogów, tak pieczołowicie odciąganego resztką sił. Dziś dla tych, które za darmo zasnęłyby nawet w grobie, albo zapłaciły za godzinną sesje u psychologa, byleby mogły się zdrzemnąć godzinkę. Dla tych, które ciężko pracują, a potem z językiem na brodzie gnają do domu, a potem gotują obiadek, a potem odrabiają z dziećmi lekcje, a potem wstawiają pranie, jeżdżą na miotle, kąpią dzieci, obcinają im paznokcie, szykują tornister na kolejny dzień i gdy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku kładą się do łóżka spać dopada je myśl: „Matko święta, chłop od rana nie ruchany”😂😂😂 Dla Was wszystkich miłe Panie, przesyłam wyrazy szczerego uznania, łącze się z Wami w bólu, szczerze współczuję, trzymam kciuki i utwierdzam w przekonaniu, że nic nie trwa wiecznie i nie jesteście same (macie mnie). Chcę Was dziś pocieszyć… Pare lat temu ( bo to nie świeżutka propozycja) natknęłam się gdzieś w Newsweeku, na recenzje książki „Zgorzkniała pizda” autorstwa Maria Sveland. Z uwagi na jej „grzeczny” tytuł postanowiłam ją kupić. Na drugi dzień, jak tylko drzwi mojej ukochanej księgarni się otworzyły, z entuzjazmem na pysku i wyszczerzonymi w geście radości zębami dokonałam zakupu. Powiem Wam szczerze, że wyjątkowy był to dla mnie dzień. Od lektury nie mogłam się oderwać, bo im dłużej ją czytałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że ta główna bohaterka, to ja sama. Ja, która w tamtym okresie przyrośnięta wręcz do pieluch, z cycem na wierzchu i największą ambicją – dotrwać do wieczora, dowiedziałam się, że nie jestem sama. Dowiedziałam się jaka jestem i jak mnie mogą postrzegać inni, dowiedziałam się wreszcie, dlaczego tak jest. Po skończonej lekturze przez dwa dni w domu panowała cisza (co mi się nie zdarza). Szczerze, to nie wiem nawet dlaczego. Jakoś tak mnie to wszystko ruszyło, że nie potrafiłam o tym nie myśleć. Niesiona tym dziwnym nastrojem pożyczyłam książkę koleżance z piaskownicy. Po dwóch dniach ją spotykam i pytam „i jak przeczytałaś ?” A ona mi na to, że całą noc czytała, że książka fantastyczna, że chyba o niej i że z chłopem od momentu przeczytania nie gada😂😂 I tudzież miłe koleżanki kamień spadł mi z serca, bo okazało się że nie tylko ja tak zareagowałam na ta lekturę. Przechodząc do sedna sprawy. Przeczytajcie. Bardzo polecam. Może w jakimś stopniu zmieni to Wasze myślenie i podejście do sprawy niezmiernie trudnej, jaką jest macierzyństwo i własna tożsamość. Ponieważ wszystkie Was kocham miłością wielką chciałabym żeby i Wam było lżej i żebyście uwierzyły w siebi i swoją siłe. Książka Wam w tym na pewno pomoże. Stad, dziś ta moja „recenzja” Trzymajcie się moje Samice. Do usłyszenia.

Featured

Piguła prawdę Ci powie….

Z cyklu testowane na mamach, dziś o tym jak „zwyzywano” mnie od babć i co z tym zrobiłam. A więc moje Kochane. W tym roku na wakacje do Polski wybrałam się z dwójką dzieci, ale bez męża. Ach co to była za podróż, a potem, ach co to były za wakacje, a potem… Potem zadzwoniłam do męża i mu oznajmiłam, że w przyszłym roku to on sobie sam poleci na 3 tygodniowe wakacje z dwójką dzieci do Polski. Odpocznie sobie przy tej dwójce, wyśpi się – przy tej dwójce, spokojnie się pospotyka ze znajomymi z tą dwójką, załatwi wszystkie zaległe sprawy – z ta dwójką. Ogólnie rzecz ujmując, wreszcie sobie odpocznie. 😂😂😂 Ja się w tym roku tak naodpoczywałam, że do dziś na myśl o tym mam migrenę. Tak SE poodpoczywałam, że na mnie babciu zaczęli wołać!!! A było to tak.. Za górami za lasami, w miejscowości o nazwie Rogajnowo, rozchorował się mój kochany chrześniak. Postanowiłyśmy z moją siostrą, a jego mamą, że udamy się do miejscowości Pasłękowo, tam pobierzemy mu krew i z wynikami, poprosimy o konsultacje lekarza dyżurującego na oddziale pediatrycznym „renomowanego” szpitala w owym Pasłękowie. Jak my postanowiły, tak zrobiły!! Stoimy pod gabinetem lekarza z wzrokiem skierowanym w podłogę na znak uległości i w celu wzbudzenia litości w lekarzu (bo nie miał obowiązku nas przyjąć), otwierają się drzwi i wychodzi Pani pielęgniarka. Pulchnym krokiem podchodzi do nas i jak za czasów komuny pyta „Co jest?”. Aż mi się cisnęło, żeby odpowiedzieć „a gówno”, ale z pokorą konieczną w zaistniałej sytuacji zaczynam nawijkę… Że dziecko chore, że gorączka, że jakaś wysypka, że wyniki krwi itp,itd i żeby nas może tak Pani dr mogła skonsultować. Cisza. Piguła na nas patrzy, otwiera drzwi do gabinetu i na całe gardło się drze: „Pani doktor, matka z dzieckiem i z babcią pytają czy Pani przyjmie. Przyjmie?” Siostra w śmiech, a mnie jak nigdy przytkało, tak zerkam na siebie i myśle „no cholera że bez make up-u źle wyglądam to wiem, ale żeby na babcię?”. Zerkam jeszcze na swój cyc z obawy, że między jednym a drugim mam pępek a nie krzyżyk z łańcuszka, ale nie. Cyce ok, jak zawsze na miejscu. I pierwyj raz (jak mówią Rosjanie) mnie zatkało, co mi się nie zdarza. No ale ok, kobita nie miała obowiązku mnie pytać czy ja ciocia, czy mama, czy babcia. Ok. Gitara. Po skończonych konsultacjach śmigam do apteki po jakieś tam pigułki i przy okazji odebrać leki z recepty, którą dzień wcześniej zaniosła moja druga, młodsza siostra, a które miały przyjść właśnie dziś. Podchodzę do okienka z jeszcze trzęsącymi się kolanami po ostatnich rewelacjach i do pani farmaceutki, że ja po odbiór leków, że na takie i takie nazwisko. A ona do mnie „a tak,tak pamietam wczoraj córka przynosiła”. No żesz KURŁA znowu!!! Zapłaciłam wyszłam i do domu wróciłam. Wlazłam do łazienki i tak „paczę” w to lustro i „paczę” no i kurna za diabła jasnego tej babci nie widzę. Tą matkę jakoś przełknęłam, bo tak sobie pomyślałam, że ta moja młodsza siostra to jak gimnazjalistka wygląda i do tego drobniutka i filigranowa, więc tak na upartego, jakby mnie w czasach licealnych poniosło, to bym mogła już taką, odchowaną latorośl mieć. I tak sobie pomyślałam, że ja koniecznie muszę coś zrobić. Kremy jakieś na zmarchy walić czy co tam. No i tak właśnie niesiona nerwem że mnie – Merlin Monroe, tak potraktowano stwierdziłam, że chociaż jakiegoś dobrego peelingu na pysk poszukam, żeby tą starą, zrogowaciałą skórę usunąć. I o niebiosa!!! Znalazłam. Cudeńko produkowane przez Sunew Med. Żel rozpuszczający naskórek z witaminą C. Laseczki to „nie je bajka” ino prawdziwy super, hiper, fantastyczny produkt. Konsystencja żelowa. Wyciskasz i wmasowujesz to w skórę, aż poczujesz że jest prawie sucha, a pod palcami zaczną się robić grudki. Te grudki to zrogowaciały naskórek. Brzmi paskudnie? Uwierzcie po zastosowaniu powiecie WOW!! Można go kupić online bezpośrednio od producenta (https://sunew.pl) za jedyne 69,99 lub przez internetowe apteki za 59 złocisza. Od tamtej pory nie używam niczego innego. Ba nawet moja teściowa, która jest osobą niesamowicie zadbaną, wrażliwą (z racji swoich alergicznych skłonności) i bardzo wymagającą, od tamtej pory nie kupuje niczego innego, tylko to cudeńko. Prawda Mamuś? Tak więc spróbujcie, podzielcie się swoimi wrażeniami i niech nikt Was nie śmie nazwać babcią od tej pory (no chyba, że wnuki). Całusy i przytulasy. Idźcie żłopać wieczorną herbatkę. Ja walne melisę – „dla spokojności”.

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta…

Witam Was moje kochane w tym przedświątecznym okresie. Śmiem przypuszczać, że podobnie jak ja, jedziecie teraz na oparach energii aby zorganizować Święta, ustroić dom, kupić prezenty, wyczarować zakupy, i do tego robić to wszystko z uśmiechem na ustach, dziećmi na rękach, dając przy tym wytchnienie mężowi. Ma być miło! Jednym słowem, uprawiacie świąteczna woltyżerkę! Mam to co roku, i co roku wmawiam sobie że to ostatni raz i już więcej tak się mordować nie będę. Że, za przeproszeniem, pierdoczę to wszystko. Ostatni raz kleję te cholerne pierogi, ostatni raz spuszczam się nad barszczem, żeby wydobyć z niego szlachetny, czerwony kolor, ostatni raz parzę się tą cholerną strzelającą tłuszczem z patelni rybą i w ogóle koniec z męczennictwem. KURŁA, mogłam kupić w biedrze gotowe uszka, barszcz z butelki i rybę po grecku ze sklepiku z garmażerią i też by było OK. Co roku się tak oszukuję. Tu w Dubaju, próbuję stworzyć mojej rodzinie ten sam nastrój świąteczny, który pamiętam z Polski. Kocham te nasze tradycje, to nasze przedświąteczne krzątanie, zapach choinki i ten chłód pasterkowej mszy. Tak bardzo mi tego brakuje, że chyba jestem gotowa paść na cyce z wykończenia, niż tego nie poczuć. Wiem też jedno. W każdym z Waszych domów jest ten pęd świąteczny i nie raz nie dwa ta atmosfera pośpiechu wykańcza nas psychicznie. Wiem też, że podobnie jak ja, zatęskniłybyście za tym będąc na obczyźnie. Tęsknię za tymi naszymi sprzeczkami z Mamą, która najchętniej zrobiłaby wszystko sama – moja Zosia samosia, bo „Nie wiesz jak córciu”. No tak, nie wiem Mamusiu jak usmażyć rybę, albo pokroić sałatkę, mam tylko 38 lat i dwoje dzieci 😂😂. Tęsknie za widokiem Taty rzeźnika, który z nożem w ręku pyta Mamę „to iść już go kroić, czy jutro na świeżo?” Tęsknie za zapachem pieczonego ciasta, którego Mama zawsze robi „tak tylko troszkę”, sernik, karpatka, miodowiec, makowiec i jeszcze trzy inne, a potem się złości, że nie zniknęło w pięć minut. Tęsknie za widokiem taty, który z niecierpliwością pyta kiedy przynieść choinkę, żeby ją ustroić, a ponieważ wstaje o 6 rano, oczekuje że o 6.15 wszyscy będziemy gotowi do strojenia. Tęsknię za moją siostrą, która od 10 lat w okresie przygotowań do Świąt, występuje w tym samym zestawie ubrań „roboczych”, a mój mąż pstryka jej kolejne zdjęcie, żeby się z tego pośmiać. Tęsknię za podjadaniem cukierków z choinki, za pokrzykiwaniem na tatę, który wnosząc choinkę nie zdjął butów i jak zwykle upitolił całą chałupę. Tęsknie za tym fizycznym, wieczornym zmęczeniem przy filiżance herbatki z cytryną, za ostatnimi zakupami i próbą znalezienia żywego karpia, bo Tatuś twierdzi że te ubite śmierdzą mułem😂. Za roześmianymi buziami moich dzieci, które włażą na głowę zapracowanym dziadkom, ale zawsze znajdują ich zainteresowanie, uśmiech i całusa. Za siostrami, które niczym mróweczki, sprzątają łazienkę na błysk, aby chwilę później nie baczący na nic Tata, dokonał w niej rytualnego harakiri karpia i zbroczył wszystko łuską i wnętrznościami ofiary. Za zapachem choinki i smrodem tej cholernej pieczonej ryby. Za tym wszystkim tęsknię. I nie będę wam kłamać, że nie jestem czasem wkurzona na ten świąteczny pęd. Ale tęsknię za nim, za ta całą atmosferą Świąt, zmęczeniem, radością, obżarstwem, czasem z rodziną. Tęsknię za moja rodziną, która ma tylko nam znane rytuały i tradycje, które tworzą magię Świąt. W tym roku, w Dubaju, spędzę Boże Narodzenie i zabraknie mi najważniejszej ze świątecznych rzeczy – całej mojej rodziny. Cieszcie się moje kochane nawet z tej przedświątecznej frustracji na rodzinę, z głupich sprzeczek i zmęczenia. Cieszcie się bo jesteście razem, z tymi, których kochacie. Pozdrawiam Was i przesyłam troszkę energii na dalsze bieganie, bo raczej nie odpuścicie.