Matki nie chorują


Jestem chora!! Spokojnie dziewczęta, nie panikujcie, to tylko wirus, żadna choroba psychiczna. Choć na dobrą sprawę, nie wiem czy pod beretem coś mi się nie poprzestawia przez to „leżenie”. Leżę i mam wrażenie, że za chwile rozpadnę się na drobne kawałki. Z mego chopinowskiego noska wydobywa się coś dziwnego i to nie jest muzyka. Głucha jestem jak pień, a z każdym kichnięciem lub kaszlnięciem ogarnia mnie dreszcz przerażenia, czy aby wszystkie mięśnie utrzymają moje wnętrzności na miejscu i nic nie wydostanie się na zewnątrz, na skutek nagłej dysfunkcji któregoś ze zwieraczy. Leżę tak i dogorywam, a moja najsłodsza córka wychodzi z otchłani czarnej dziury, zwanej „Zuzanna’s room” i patrzy na mnie ze zdziwieniem. Mamo co Ci? Dlaczego leżysz? Zapytuje z niekrytym zdziwieniem i przerażeniem w głosie (przecież mamy nie chorują, a już na pewno chorując, nie leżą w łóżku). Chora jestem córciu – odpowiadam. „Ok” rzuca i znika w czeluściach czarnej dziury. I tak sobie myślę. KURŁA, no nie mogę chorować, nie mam na to czasu, ani cierpliwości, ani nawet własnej umieralni, gdzie nikt nie będzie po mnie skakał, pytał, ani chciał czegoś . Dla przykładu umieralnię taką, za każdym razem organizują sobie mój mąż i moja córka. W sytuacjach chorobowych, na środku salonu, w niewielkiej odległości od telewizora i z pilotem w zasięgi ręki, tworzą sobie coś na styl legowiska. Ta dziwna struktura wyglądem przypomina zamek krzyżacki, a za fosę służą chusteczki, przekąski, naczynia i cały oręż wspomagający ciało i duszę w walce z chorobą. I broń Boże poprosić o stworzenie jakiejkolwiek harmonii lub ładu przy tych zasiekach. Mąż ma do tego jeszcze zespół zrzędzenia chorobowego. I tak, gdy podaje mu herbatę z cytryną, z jego trzewi wydobywa się głos konającego: „Słońce, a dlaczego ja muszę pić tą herbatę taką gorącą?” „Misiu, bo witamina C jest w niej i lepiej się wchłania na gorąco”, łgam niczym Kurski na konferencjach prasowych. A skąd ja mam KURŁA wiedzieć czemu gorącą. Mama mi zawsze taką robiła i piłam, bo kazała. Tak sobie leżę i dogorywam i zrobiłam już chyba wszystko co w mojej mocy w walce z tą przewlekłą (trwa już drugi dzień) chorobą. Obżarłam się czosnku, który ponoć ma działanie zbliżone do antybiotyku – śmierdzę teraz jak kukła na wampiry. Opiłam się syropu z cebuli – wieczorny sex mam z głowy. Nie zbliży się do mnie po tej mieszance . Fervex mam już chyba nawet w moczu, bo wypiłam już wiaderko mniej jak chora krowa. Córka dziwnie na mnie patrzy i nie chce się zbliżać na odległość 2 metrów, ale za to mój Duduś bardzo dobrze się bawi, skacząc po sflaczałych i niespiętych zwłokach mamy. Zapach mu kompletnie nie przeszkadza. I tak sobie myśle, jak mi kiedyś cudownie było. Jak się zaczynałam rozkładać, to szybko do Mamulki. A ona mi tak pomagała, i tak mnie pielęgnowała, i zawsze mi tak dobrze było, i szybko zdrowiałam. A teraz? Teraz mam cudowną rodzinę, dwójkę małych zwierzaków, które w nosie mają moje zespoły napięcia przedmiesiączkowego, choroby, fochy, ciche dni i inne potrzeby. I tak mi przyszła do głowy myśl, że każdy jest dzieckiem dotąd, dokąd ma matkę. Jestem szczęściarą bo moja Mama jest ze mną. I choć dzieli nas spora odległość, zawsze czuję, że mnie rozumie i kocha i martwi się o mnie. Dla niej zawsze będę dzieckiem. Marzę o dniu, w którym moje dzieci docenią i zrozumieją, ile dla nich robimy i jak ważni jesteśmy. Tymczasem miłe Panie, zadzwońcie do swoich Mam. Powiedzcie im, że je kochacie, a tym które odeszły, wyślijcie dobre słowo do nieba. Jestem pewna, że nawet tam o nas myślą. Trzymajcie się zdrowo, bo Mamy nie maja L4 i dbajcie o siebie tak mocno, jak tylko możecie, bo jesteście niezastąpione. Całusy z łoża śmierci.

Taniec godowy, czyli marzenia kontra rzeczywistość


Wiecie co moje kochane? Dziś nie polecę Wam żadnego produktu, ani filmu, ani książki. Dziś obnażę przed Wami moje sekrety małżeńskie. Z uwagi na fakt, że za kilka chwil obchodzić będziemy z mym mężem – towarzyszem doli i niedoli, 10 rocznicę ślubu, postanowiłam pokusić się o podsumowanie tych minionych lat. I tak sięgnęłam sobie pamięcią do momentu, w którym się poznaliśmy. Ach piękne to były momenty!!! Ja jakieś 20 kilo temu, marzyłam o facecie, który niczym Shrek (może odrobinę przystojniejszy) uwolni mnie, Fionę z samotni życia singielki. No i stało się. Poznałam go, nareszcie!!! O niebiosa, na imię wam Paweł. Tak wtedy myślałam. No cudowny był!! Miał wszystko czego oczekiwałam od miłości swojego życia, i dużo, dużo przystojniejszy niż Shrek. A przemiły, a spontaniczny, a ciekawy, a szarmancki, a kulturalny i o dziwo zawsze mnie słuchał 😂😂😂 No zakochana byłam bez pamięci!!! On oczywiście też. Ja mu śniadanka robiłam, romantyczne obiadokolacje, tudzież wyprawiałem domowe imprezy okolicznościowe, wszystko z dopieszczaniem najdrobniejszych szczegółów. Dom zawsze wysprzątany i pachnący czekał wraz ze mną gotową i wydepilowaną na spontaniczne uniesienia. Mój wybranek również stawał na głowie, żeby mnie dopieścić . I tak budził mnie na przykład o 5.30 rano, żeby wypić poranna kawę, patrząc na wschód słońca. Porywał w pobliże naszego Gdańskiego lotniska, żeby spoglądać w niebo na startujące samoloty. Wywoził na zagraniczne wycieczki, choć bałam się, że na którejś z nich, odda mnie jakiemuś staremu Arabowi i dorzuci jeszcze coś od siebie, byleby tylko mieć mnie z głowy. Taki był inspirujący, taki ciekawy, tak bardzo się mną interesował i tak słodko chrapał co noc. Boże, jak ja kochałam to jego chrapanie…. W tym naszym tańcu godowym wszystko było naj!!! Każdy dawał z siebie 100% własnych możliwości. No bajka dziewczyny, prawdziwa bajka…. Po pierwszych miłosnych zachwytach i uniesieniach przyszła kolej na szarą rzeczywistość. I tak, słodkie chrapanie doprowadzać zaczęło mnie do szału. Miałam ochotę przygwizdac mu z piąchy i szybko udawać, że śpię, i że to nie ja. Niesiona troską o jego bezpieczeństwo i własny spokój, nakazała ja poddać się operacji naprawienia przegrody nosowej. Hurrra!!! Udało się i nawet przestał tak napierdzielać co noc. Brawo Ty. Pomyślałam. W okresie uprawiania naszego tańca godowego chyba mi coś na oczy naszło (jakieś bielmo czy co) bo wydawało mi się, że on jest bez wad. No chodzący ideał!! Dziś ten chodzący ideał potrafi mnie doprowadzić do szału. Oczywiście mój ideał jest nadal chodzący, tylko tam gdzie postawi swoje idealne dupsko, sieje jakąś zarazę . Tak na przykład, fotel i wieszaki w łazience służą mu za miejsce przechowywania ubrań. Kiedyś w ataku furii zapytałam mój chodzący ideał, czy one podlegają jakimś zasadom leżakowania, że tu czyste, tu lekko przepocone, tam raz ubrane, a te w stanie ciężkim, czy też pozostawił je dla mnie, abym po wcześniejszym obwąchaniu mogła je klasyfikować jako odpady toksyczne, kompost lub do recyclingu. Mój ideał roześmiał się tylko i powiedział tym swoim spokojnym i zrównoważonym głosem „słońce ty mi nie zabieraj tego wszystkiego, jak robisz pranie bo to są czyste rzeczy, czasem raz chodzone” Nosz żesz szlag mnie jasny trafił. Tak więc co jakiś czas, w okresie zespołu napięcia przedmiesiączkowego postanawiam, że nie tknę tego nawet kijem i niech sobie to wszystko tak wisi lub leżakuje, jak butelka wytrawnego chardonnay, aż się robaki zalęgną. Po czym gdy usypana sterta wcale się nie zmniejsza, a zaczyna zakłócać już równowagę energii ying i yang – łamię się i robię pranie. Tak miłe Panie, ten mój chodzący ideał !!! Mój chodzący ideał pozostawia też po sobie tzw placki. Nie wiem czy to znacie z autopsji ale podejrzewam, że tak. Nazywam to plackami, gdyż w wizualnym efekcie przypomina to placek krowi (kto choć raz był na wsi, wie o co mi chodzi). A mianowicie. Całość garderoby od pasa w dół, łącznie ze skarpetkami pozostaje zrzucona jednym, zgrabnym ruchem na podłogę w miejscu gdzie aktualnie stał i tworzy właśnie owy placek. Mój ideał doprowadził te metodę do perfekcji jak Copperfield – jest chłop nagle go nie ma, a pozostał jedynie placek. Placki są również tym elementem wystroju wnętrza, który nie podlega natychmiastowemu sprzątaniu. Kolejna idealną cechą mego Mistrza jest sprzątanie. Sprzątanie, bo np coś się rozlało. I tak w tych okolicznościach mój ideał wyznaje zasadę – 0,5 litra. Co to znaczy? A już Wam tłumacze. Jeśli np. wyleje się herbata, to stajemy na to skarpetą i wycieramy. Ogólnie zasada jest taka, że płyny w objętości do 0,5 litra wycieramy skarpetą . Powyżej tej objętości używamy ścierki kuchennej lub wołamy żonę. Mój rycerz na koniu jest też bardzo subtelny i ma ogromne wyczucie chwili. W sytuacji gdy dopada go głód nie krzyczy „jeść”. Nie nie, miłe panie. On ma na to taktykę rodem z bitwy pod Grunwaldem. Wchodzi do kuchni. Otwiera szafkę z kubkami i szklankami, zagląda, zamyka. Otwiera szafkę z talerzami, ogląda, zamyka. Przechodzi do szafki z herbatą i przyprawami, uwiesza się na niej a potem, jak anioł w niebiańskim chórze pyta „Słońce jesteś głodna?” W okresie godowym myślałam, że on taki kochany i troskliwy, i dobry nawet o to, czy jestem głodna się martwi. Dziś wiem, że to zabieg taktyczny i ma on na celu zmuszenie mnie do zrobienia mu papu!!! Ach ten mój ideał!!! Ponadto, ideał wychodzi z założenia, że nasz dom zamieszkują dobrotliwe krasnoludki, które zanim wstanie świt lub zanim on wróci z pracy pucują wszystko na błysk. I tak kubki po kawie ze sracza, łazienki i jego samotni same znoszą się i same wstawiają się do zmywarki, po czym same kolejno umieszczają się w szafce. Kubeczki po jogurtach, papierki po słodyczach i wszelkie śmieci po wieczornej konsumpcji to nawet same wywożą się prosto na wysypisko śmieci, takie są inteligentne. Ach ta dzisiejsza technologia. Zakupy same lądują w lodowce, objady same się gotują, kolacje same się przygotowują, co za cudowne życie, aż dziw że sex sam się nie uprawia tylko trza się tyłkiem namachać 😂😂😂 I tak po wnikliwej analizie moich 10 lat małżeństwa z chodzącym ideałem, bez wad, dochodzę do wniosku, że sama jestem sobie winna. Tak miłe panie. To ja go do tego wszystkiego przyzwyczaiłam, ja go tej służalczości nauczyłam (że jak głodny to woła żonę). Przez ten cholerny taniec godowy, na początku znajomosci pokazałam mu to wszystko i on teraz się dziwi jak coś wyglada inaczej niż zwykle. Wiec teraz apel do tych wszystkich które rozpoczynają właśnie swój taniec godowy. Nie przyzwyczajajcie swoich idealnych partnerów do usługiwania im, bo za rok się okaże ze oni obiad gotują, a Was ręce bolą … Tak sobie tu poanalizowałam. Poprzypominałam i ponarzekałam, ale muszę Wam powiedzieć, że mimo 10 lat i tak kocham nad życie ten mój chodzący ideał, nie zamieniłabym go na żaden inny i uważam go za najlepszego męża na świecie. Jednak jestem szczęściarą, czego i Wam z całego serca życzę. Dajcie znać jak sprawują się Wasze ideały . Trzymajcie się cieplutko. Do usłyszenia. Pa pa. Lecę bo złowieszczo wisi na szafce od śmieci i nie wiem czy chce je wynieść czy taki głodny, że szuka czegoś na ząb 😂😂😂

Być jak „Zgorzkniała pizda”…

W słowie na niedzielę, dziś kłaniam się wszystkim mamom. Tym, które aktualnie prowadzą produkcję mleczną i podłączone do laktatora przymykają oko, żeby je z przerażeniem otworzyć, bo o mały włos nie rozlały nektaru bogów, tak pieczołowicie odciąganego resztką sił. Dziś dla tych, które za darmo zasnęłyby nawet w grobie, albo zapłaciły za godzinną sesje u psychologa, byleby mogły się zdrzemnąć godzinkę. Dla tych, które ciężko pracują, a potem z językiem na brodzie gnają do domu, a potem gotują obiadek, a potem odrabiają z dziećmi lekcje, a potem wstawiają pranie, jeżdżą na miotle, kąpią dzieci, obcinają im paznokcie, szykują tornister na kolejny dzień i gdy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku kładą się do łóżka spać dopada je myśl: „Matko święta, chłop od rana nie ruchany”😂😂😂 Dla Was wszystkich miłe Panie, przesyłam wyrazy szczerego uznania, łącze się z Wami w bólu, szczerze współczuję, trzymam kciuki i utwierdzam w przekonaniu, że nic nie trwa wiecznie i nie jesteście same (macie mnie). Chcę Was dziś pocieszyć… Pare lat temu ( bo to nie świeżutka propozycja) natknęłam się gdzieś w Newsweeku, na recenzje książki „Zgorzkniała pizda” autorstwa Maria Sveland. Z uwagi na jej „grzeczny” tytuł postanowiłam ją kupić. Na drugi dzień, jak tylko drzwi mojej ukochanej księgarni się otworzyły, z entuzjazmem na pysku i wyszczerzonymi w geście radości zębami dokonałam zakupu. Powiem Wam szczerze, że wyjątkowy był to dla mnie dzień. Od lektury nie mogłam się oderwać, bo im dłużej ją czytałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że ta główna bohaterka, to ja sama. Ja, która w tamtym okresie przyrośnięta wręcz do pieluch, z cycem na wierzchu i największą ambicją – dotrwać do wieczora, dowiedziałam się, że nie jestem sama. Dowiedziałam się jaka jestem i jak mnie mogą postrzegać inni, dowiedziałam się wreszcie, dlaczego tak jest. Po skończonej lekturze przez dwa dni w domu panowała cisza (co mi się nie zdarza). Szczerze, to nie wiem nawet dlaczego. Jakoś tak mnie to wszystko ruszyło, że nie potrafiłam o tym nie myśleć. Niesiona tym dziwnym nastrojem pożyczyłam książkę koleżance z piaskownicy. Po dwóch dniach ją spotykam i pytam „i jak przeczytałaś ?” A ona mi na to, że całą noc czytała, że książka fantastyczna, że chyba o niej i że z chłopem od momentu przeczytania nie gada😂😂 I tudzież miłe koleżanki kamień spadł mi z serca, bo okazało się że nie tylko ja tak zareagowałam na ta lekturę. Przechodząc do sedna sprawy. Przeczytajcie. Bardzo polecam. Może w jakimś stopniu zmieni to Wasze myślenie i podejście do sprawy niezmiernie trudnej, jaką jest macierzyństwo i własna tożsamość. Ponieważ wszystkie Was kocham miłością wielką chciałabym żeby i Wam było lżej i żebyście uwierzyły w siebi i swoją siłe. Książka Wam w tym na pewno pomoże. Stad, dziś ta moja „recenzja” Trzymajcie się moje Samice. Do usłyszenia.

Piguła prawdę Ci powie….

Z cyklu testowane na mamach, dziś o tym jak „zwyzywano” mnie od babć i co z tym zrobiłam. A więc moje Kochane. W tym roku na wakacje do Polski wybrałam się z dwójką dzieci, ale bez męża. Ach co to była za podróż, a potem, ach co to były za wakacje, a potem… Potem zadzwoniłam do męża i mu oznajmiłam, że w przyszłym roku to on sobie sam poleci na 3 tygodniowe wakacje z dwójką dzieci do Polski. Odpocznie sobie przy tej dwójce, wyśpi się – przy tej dwójce, spokojnie się pospotyka ze znajomymi z tą dwójką, załatwi wszystkie zaległe sprawy – z ta dwójką. Ogólnie rzecz ujmując, wreszcie sobie odpocznie. 😂😂😂 Ja się w tym roku tak naodpoczywałam, że do dziś na myśl o tym mam migrenę. Tak SE poodpoczywałam, że na mnie babciu zaczęli wołać!!! A było to tak.. Za górami za lasami, w miejscowości o nazwie Rogajnowo, rozchorował się mój kochany chrześniak. Postanowiłyśmy z moją siostrą, a jego mamą, że udamy się do miejscowości Pasłękowo, tam pobierzemy mu krew i z wynikami, poprosimy o konsultacje lekarza dyżurującego na oddziale pediatrycznym „renomowanego” szpitala w owym Pasłękowie. Jak my postanowiły, tak zrobiły!! Stoimy pod gabinetem lekarza z wzrokiem skierowanym w podłogę na znak uległości i w celu wzbudzenia litości w lekarzu (bo nie miał obowiązku nas przyjąć), otwierają się drzwi i wychodzi Pani pielęgniarka. Pulchnym krokiem podchodzi do nas i jak za czasów komuny pyta „Co jest?”. Aż mi się cisnęło, żeby odpowiedzieć „a gówno”, ale z pokorą konieczną w zaistniałej sytuacji zaczynam nawijkę… Że dziecko chore, że gorączka, że jakaś wysypka, że wyniki krwi itp,itd i żeby nas może tak Pani dr mogła skonsultować. Cisza. Piguła na nas patrzy, otwiera drzwi do gabinetu i na całe gardło się drze: „Pani doktor, matka z dzieckiem i z babcią pytają czy Pani przyjmie. Przyjmie?” Siostra w śmiech, a mnie jak nigdy przytkało, tak zerkam na siebie i myśle „no cholera że bez make up-u źle wyglądam to wiem, ale żeby na babcię?”. Zerkam jeszcze na swój cyc z obawy, że między jednym a drugim mam pępek a nie krzyżyk z łańcuszka, ale nie. Cyce ok, jak zawsze na miejscu. I pierwyj raz (jak mówią Rosjanie) mnie zatkało, co mi się nie zdarza. No ale ok, kobita nie miała obowiązku mnie pytać czy ja ciocia, czy mama, czy babcia. Ok. Gitara. Po skończonych konsultacjach śmigam do apteki po jakieś tam pigułki i przy okazji odebrać leki z recepty, którą dzień wcześniej zaniosła moja druga, młodsza siostra, a które miały przyjść właśnie dziś. Podchodzę do okienka z jeszcze trzęsącymi się kolanami po ostatnich rewelacjach i do pani farmaceutki, że ja po odbiór leków, że na takie i takie nazwisko. A ona do mnie „a tak,tak pamietam wczoraj córka przynosiła”. No żesz KURŁA znowu!!! Zapłaciłam wyszłam i do domu wróciłam. Wlazłam do łazienki i tak „paczę” w to lustro i „paczę” no i kurna za diabła jasnego tej babci nie widzę. Tą matkę jakoś przełknęłam, bo tak sobie pomyślałam, że ta moja młodsza siostra to jak gimnazjalistka wygląda i do tego drobniutka i filigranowa, więc tak na upartego, jakby mnie w czasach licealnych poniosło, to bym mogła już taką, odchowaną latorośl mieć. I tak sobie pomyślałam, że ja koniecznie muszę coś zrobić. Kremy jakieś na zmarchy walić czy co tam. No i tak właśnie niesiona nerwem że mnie – Merlin Monroe, tak potraktowano stwierdziłam, że chociaż jakiegoś dobrego peelingu na pysk poszukam, żeby tą starą, zrogowaciałą skórę usunąć. I o niebiosa!!! Znalazłam. Cudeńko produkowane przez Sunew Med. Żel rozpuszczający naskórek z witaminą C. Laseczki to „nie je bajka” ino prawdziwy super, hiper, fantastyczny produkt. Konsystencja żelowa. Wyciskasz i wmasowujesz to w skórę, aż poczujesz że jest prawie sucha, a pod palcami zaczną się robić grudki. Te grudki to zrogowaciały naskórek. Brzmi paskudnie? Uwierzcie po zastosowaniu powiecie WOW!! Można go kupić online bezpośrednio od producenta (https://sunew.pl) za jedyne 69,99 lub przez internetowe apteki za 59 złocisza. Od tamtej pory nie używam niczego innego. Ba nawet moja teściowa, która jest osobą niesamowicie zadbaną, wrażliwą (z racji swoich alergicznych skłonności) i bardzo wymagającą, od tamtej pory nie kupuje niczego innego, tylko to cudeńko. Prawda Mamuś? Tak więc spróbujcie, podzielcie się swoimi wrażeniami i niech nikt Was nie śmie nazwać babcią od tej pory (no chyba, że wnuki). Całusy i przytulasy. Idźcie żłopać wieczorną herbatkę. Ja walne melisę – „dla spokojności”.

O rety, rety, te diety!


Ja nie chcę tu absolutnie nakłaniać Was do jakichkolwiek wyrzeczeń. Nie, nie, nie. Ja nie z tych. Bardziej, to ja się do Was zwracam o poradę. Z uwagi na moje lenistwo i fakt, że jedzenie stanowi dla mnie jedną z niewielu dostępnych od ręki przyjemności, wielkość mojej zadniej części ciała osiągnęła już apokaliptyczne rozmiary. I tak z rozmiaru S (po dwóch ciążach) powstał rozmiar L i za diabła jasnego nie chce spaść, nawet o jeden, w dół. W sumie, to mogę winić tylko siebie i mój brak samozaparcia. Po pierwszej ciąży, mój Tata, chcąc mnie podnieść na duchu, postanowił mnie skomplementować. Tak, tak. Skomplementować, nie skompromitować. I tak kiedyś, przy niedzielnym obiedzie wyrwał mu się, niczym przysłowiowy bąk z tyłka, komplement. Uwaga cytuję: „No córcia, ty to masz nóżki jak ( chwila ciszy) Agata Wróbel”. Szach i mat. Zapadła cisza, a siostry mało ze śmiechu się nie podławiły niedzielnymi kotlecikami. I żebyście sobie broń Boże nie wyobrażały, że ja mam coś przeciw Agatce. Nie, nie nic z tych rzeczy, tylko po prostu jak to powiedzieć poprawnie… Kurła ona jest sztangistka, zajebiście masywna!!! Po tych komplementach przeszłam na dietę. Pani dietetyk ułożyła mi jadłospis, no wszystko petarda, tylko po nocach mi się drożdżówki z kruszonką z Żabki śniły… Wytrzymałam miesiąc. Efekt 4 kilo mniej. Ciąża druga. I tu ponownie z bukietem komplementów i pocieszeń wkracza Tatuś… Zaraz po porodzie nie było mi dane karmić piersią moje maleństwo. Choroba maluszka, operacja, rekonwalescencja i wreszcie po 2 miesiącach powrót do domu, zablokowały mi możliwości mleczarskiej produkcji, wiec zmuszona byłam karmić Małego mlekiem modyfikowanym. I tak któregoś wieczoru siedzę sobie z moją Mamulką przy herbatce i opowiadam jej jak to mnie wnerwia fakt, że dupa nie chce się skurczyć po porodzie, że jak w nocy wstaję karmić małego to czyszczę wszystkie szafki ze słodyczami, że taka jestem zła na siebie, że tak podjadam bez umiaru itp, itd. Na co jak Filip z konopi z pocieszeniem wyskakuje Tatuś: „No córcia ale jak ty wstajesz w nocy tyle razy karmić  to ty też musisz te braki uzupełnić, twój organizm sam się domaga pożywienia”. „Tato ale ja modyfikowanym karmię, nie cycem”. „ Acha…” 😂😂 I tak moje dziewczynki, po raz kolejny zaczęłam testować nowa dietę. Tym razem z pomocą przyszedł Motywator dietetyczny. Przyznam że przepisy super i koleś zna się na rzeczy, ale jak se tak dwa dni podgotowałam 4 śniadania, 4 obiady i 4 kolacje bo: mój jadłospis według diety, mały tylko papki zdrowe wcina, starsza na mięso warczy a głowa rodziny bez mamuta na talerzu obiadu sobie nie wyobraża, to mi ręce i cycki opadły i się poddałam. Gorąco zachęcam wszystkie Panie, które mają czas i rodziny wszystkożerne, żeby z usług Motywatora Dietetycznego skorzystały. Ba, zachęcam Was do obserwowania jego strony i wpisów, bo Facet zna się na rzeczy i opowiada to w przystępny sposób. Znajdziecie tam mnóstwo fajnych porad, inspirujących filmików i ciekawych postów. Wszystko z dziedziny dieta, ruch, sport, zdrowie i odżywianie. No i dalej po przerwie na reklamę – kontynuuję. Kolejną dietę, którą zaczęłam to keto. Zamówiłam, zapłaciłam i… do wieczora na niej wytrzymałam. Mąż stwierdził że ja bardzo lubię diety, ale nie stosować tylko kolekcjonować. I tu muszę się z nim zgodzić. I po tej krótkiej dygresji 😂😂 pytanie do Was. Jaką dietę polecacie albo jaki macie sposób na „one size down”?  Nadmienię tylko, że ja mam bardzo dużą wiedzę i o odżywianiu, i o odchudzaniu, i o mniej jedzeniu, gdyby od tego zależała moja waga, to pewnie miałabym rozmiar XS. 🙈🙈  Może macie jakiegoś guru, magika, który pomoże w tej ekstremalnej sytuacji?

Całuje Was wszystkie i spadam na kolację 🤪🤪